wtorek, 26 listopada 2019

wspomnienie sprzed roku


Na blogu Uważnej znalazłam ciekawy wpis wspominkowy i postanowiłam również się odnieść u siebie :) Skorzystałam z notki najbliżej dnia dzisiejszego a więc sos słodko-kwaśny

Taką notkę mogłabym zrobić również dzisiaj. 



poniedziałek, 18 listopada 2019

łapa, czyli kolejny osprzęt z serii: DIY

Ponieważ ciągle nie mogłam się doczekać na wyciętą na wymiar drewnianą rączkę, ostatecznie łapa została wykonana nieco inaczej jak sobie wyobraziłam. Przede wszystkim wykończyłam opaseczkami zaciskowymi (zamiast takerem), choć przypadkowo wyszedł bonus z ich powodu (dociśnięte do skóry orzą po niej na bardzo czerwono).

Self testy wyszły nieźle, natężenie bólu od słabego do mocnego, głównie przez metalowe oczka. Zostawia super ślady w postaci łapek. Ale jest ciut długa i wymaga mocniejszego zamachnięcia się. 
Ostatecznie efekt nas zadowala ;)


wbij mi się w skórę, pożryj w całości

Wczoraj poprosiłam Mistrza o relaks fizyczny. Taki z ogrzewaniem skóry osprzętem obsługiwanym przez Niego. Trochę odpoczynku od codzienności, od rutyny, połączone przyjemne z pożytecznym.
Spełnił prośbę. Ale też i ładnie na kolanach poprosiłam.

Bolało, z jednej strony nawet bardziej (przez upadek parę dni wcześniej). Wyrywało niespokojne myśli z głowy, ból zmuszał do skupienia się tu i teraz, cała reszta szybko stała się nieistotna. Jeden orgazm z użyciem pingwinka, dwa następne. On nade mną, pilnujący czy wszystko przebiega zgodnie z Jego zaleceniem. Idealne zwieńczenie wieczoru, spokojni i zmęczeni poszliśmy spać.
Powstał mały niedosyt, apetyt wszak rośnie w miarę jedzenia.
Poranek zaczęłam od postawienia Go do pionu poprzez powolny acz intensywny masaż. Niestety, nie zdążyłam ;) Obowiązkowe zaplanowane sprawunki i dwie godziny później byłam już z powrotem w domu. Po drodze jednak zupełnym przypadkiem nabyłam coś, co stało się pretekstem do kolejnego naszego spotkania i kontynuacji wczorajszego. 



Mistrz przetestował najpierw na sobie a potem na mnie, okazałam się czulsza jak sądziłam. Po drobnym zmaltretowaniu sobie sutków tym bardziej, choć wiadomo że to dla Jego uciechy. Wbijał mi się w skórę, próbując wpełznąć w najgłębsze jej zakamarki. Wziął za rękę i zaprowadził na skraj orgazmu, dość intensywnego. Posiadł co Jego, nie hamując się z zawłaszczaniem każdego centymetra. Pożarł i uformował na nowo, jak zwykle podczas takiego spotkania. To już niejako tradycja, coś, czego oczekujemy wzajemnie. I mimo podobieństwa tych setek spotkań, każde jest inne i potrafi po latach wnieść coś świeżego.


  • kolczak był podpisany jako rozluźniacz ścięgien mięsa, kupiony na dziale artykułów gospodarstwa domowego ;) ale fakt, 'mięso' rozluźnia że hej
  • przypadkowe zakupy są najlepsze, a to coś kosztowało parę złotych, natomiast stwarza świetne możliwości


sobota, 9 listopada 2019

i po przerwie

Mistrz zdrowieje w zastraszającym tempie. Najgorsze już w sumie za Nim, a teraz z dnia na dzień jest coraz lepiej. Poza tym, że nie jest w stanie siedzieć ponad pół godziny.... To jest jakby nic się nie stało.... Ale się stało i musimy uważać. Dlatego aktywności niewymagające zbytniego wysiłku okazują się całkiem w porządku.
Roleplay również. 
Jednym z ostatnich zakupów jest najbardziej kolorowa peruka jaką miał w swojej ofercie sklep, szal boa z czarnych piór i maska kotka. Do kompletu z łapkami, więc jeszcze pozostaje poszukać mi długiego i puszystego ogonka :3
Ale wracając do małego seansu po przerwie, Mistrza życzeniem była moja inicjatywa. Założyć maskę. Ładnie poprosić o mleczko, przy jednoczesnym pozwoleniu na wydawanie dowolnych kocich odgłosów. I nie uciekać pod naciskiem radełka.

(W bdsm wykorzystuje się zwykle kółko wartenberga, które ma zdecydowanie większe kolce i można go nabyć w wielu wariacjach: pojedyncze, podwójne lub potrójne. Pierwotnie stworzone przez Roberta Wartenberga do badania neurologicznego w kierunku wrażliwości skóry)



Radełko o tak małych wypustkach Mistrz skierował głównie w najczulsze punkty: łechtaczka, sutki. Na skórze ogólnie bardziej szarpało mikrowłoski, tym bardziej chcę przetestować następnym razem większe kolce. Na razie stwierdzam że odczucie naprawdę świetne, bardzo zależne od nacisku, powodujące wachlarz reakcji. Super byłoby również pobawić się jego temperaturą :)
Koteczka była niezwykle grzeszna, chciwa, łaknęła dotyku, słów, odczuć. Rola w tym wypadku przyszła zaskakująco łatwo, nawet jęczenie przekształciło się w mruczenie i miauczenie, całkowicie bezwiednie.
Było po prostu fajnie po przerwie. 


piątek, 1 listopada 2019

przerwa

Mistrz ma problemy zdrowotne, które przedkładają się na wszystkie aspekty naszego wspólnego pożycia. Na tyle poważne, że w wielu rozdziałach musi być przerwa, przymusowa. Sytuacja jest nowa, ale na szczęście opanowana. Ja z kolei mam na głowie wszystko, również opiekę nad Nim. Wiem, że z czasem będzie tylko lepiej, i najgorsze jest już w sumie za nami (mam nadzieję). Jednak nieprędko nastąpi, zanim na powrót nacieszymy się używaniem bacika. 
Dlatego przerwa. 
Rekonwalescencja.
Przymusowa, konieczna.




Ps. ZAWSZE to okazja do nacieszenia Jego oczu medycznym wdziankiem ;)

sobota, 26 października 2019

rozmówki #8


Na fali mema internetowego francuskiego "oiseux"  i wymowy w stylu "łezu"
👀



- Mogę sprawić, że zaczniesz mówić po francusku.
- ale przecież wiesz że nie potrafię?
Opuszkiem palca przejeżdża najdelikatniej jak potrafi, po mikro włoskach na karku.
- oui, oui, ouiiii....
- A widzisz, jak chcesz to potrafisz.
   


poniedziałek, 14 października 2019

w lesie

Dzisiaj byłam.
I jestem z nauką, jeśli chodzi o bardziej skomplikowane wiązania.

Dzisiaj był pierwszy raz, kiedy spróbowałam podwieszenia i ... Nie wyszło mi. 
Na plus uznaję to, że dokładnie wiem gdzie popełniłam błędy. Na pewno nie jest tak prosto jak było w mojej głowie, czy na fotografiach ;) Oczywiście bhp w takim przypadku zachowane na 101%.
Trochę się złoszczę na siebie, że to takie podstawowe przeoczenia, ale i jestem zadowolona, że w końcu nastąpił ten pierwszy raz i już wiem co z czym.
Natomiast mogę powiedzieć, że bardzo się odprężyłam. Ostatnie tygodnie obciążają mnie psychicznie i fizycznie, wygląda na to, że ten stan będzie jeszcze długo. Być może do końca roku. A linki dają taki rodzaj samospełnienia, wytchnienia podobnego przy relaksie z pędzlem i płótnem. Tyle, że tu formy nabiera ciało w linach, w odpowiedniej scenerii, ułożeniu, opowiada historię. Jeśli się uda zamysł z wykonaniem, daje dodatkową satysfakcję. Mam świadomość tego, że czasami w mojej głowie mam dziwne wyobrażenia tego, co chciałabym stworzyć, nie zawsze też wyjdzie. Czasami się stresuję, żeby nie zrobić krzywdy czy nie ścisnąć za mocno, i żeby efekt końcowy spodobał się obu stronom. Póki co, jest ok.



wtorek, 1 października 2019

prawie jak oczko

Prawie jak, bo co najmniej 31.
Co najmniej, bo kazał mi liczyć, Żartowniś jeden... Coś kojarzę, że ze dwa-trzy razy powtórzyłam tą samą cyfrę. I przetestowałam w gratisie w wodzie.
Wow.

Ochrypłam.
Orgazmy były o takim samym natężeniu. Wszystkie.
Choć krótkie.
Szybkie.

Przeżyłam.
Jedynie jak wstałam, to jak po dobrej flaszce.
Cała spocona.

Pingwin to wariat.
Mistrz też, kurde, kawał szaleńca. (z kim ja żyję?)
Liny przy napinaniu mięśni wżarły skórę, która się wkręciła pomiędzy nie.
Bolało.
W pewnym momencie wysupłałam się z dość mocnego wiązania rąk przy głowie.
Jak to zrobiłam?




Mistrzu, dziękuję.



pingwiny atakują

A konkretniej jeden pingwin. Satisfyer Pro Penguin.
najbardziej wyczekiwana paczka w tym miesiącu ;)



Mam nadzieję, że pożyje nieco dłużej jak jego poprzednik którego zabiły dwie rzeczy: jednak nie był wodoodporny, a do tego doszedł rozdupczony akumulatorek. Łącząc obie rzeczy, zrobiło się ała i już się więcej nie naładował. 
Natomiast jestem mimo wszystko zadowolona z działania, więc bez mrugnięcia okiem (no dobra, mrugnęłam dwa razy, bo jednak to na ten moment najdroższy gadżet jaki będę miała) zainwestowałam w lepszy. Też ładniejszy. Oba typy są pokryte naprawdę fajnym materiałem, gładkim w dotyku. Jeszcze go nie doładowałam, ale taki prosto z pudełka już lepiej ssie jak wersja Travel.
I wiecie co? 
Mistrz cieszy się bardziej ode mnie ;)

czwartek, 26 września 2019

króciutka noteczka o seksie tantrycznym

Pewien bardzo Grzeczny Mężczyzna przypomniał mi temat, który kiedyś pogłębialiśmy z Mistrzem, z racji fascynacji przydługimi intymnymi spotkaniami, wypełnionymi po brzegi emocjami i bliskością. Bardzo nas interesował jednoczesny orgazm (gdzieś przeczytałam że jest określany jako stereo), który najprościej można było osiągnąć właśnie podczas takich seansów. Z czasem wiadomo jak jest, nie zawsze miało  się czas na wzajemną celebrację, bliskość jednak pozostała, choć zupełnie na innej płaszczyźnie. A szkoda. Pora odświeżyć to zagadnienie.

"W sanskrycie słowo „tantra” oznacza „narzędzie do rozciągania (świadomości)”. To system filozoficzny o tradycji trwającej kilka tysięcy lat, zakładający że wszystko, co istnieje, jest przejawem jednego bytu. Praktyki tantryczne mają doprowadzić do powtórnego zjednoczenia przeciwstawnych sobie pierwiastków."

Pamiętam, co sobie pomyślałam po raz pierwszego seansu nastawionego właśnie na takie niespieszne wchłanianie siebie wzajemnie. To zupełnie inny wymiar odczuwania, po którym jeszcze długo ma się gąbkę w mięśniach i roztopioną świadomość. W nieskończoność odwlekałam moment puszczenia Jego dłoni, w ogóle jakiekolwiek oddalenie się od Jego ciała nie wchodziło w grę. Sam moment zbliżenia (zjednoczenia) dawał wrażenie, że weszliśmy sobie wzajemnie pod skórę. Przynajmniej tak to wtedy oboje wyczuwaliśmy. Pojawiła się też świadomość balansu siły. Odkryliśmy, że niekoniecznie jedno z nas musi po dobrym seksie padać jak mucha, że można zmęczenie rozłożyć równomiernie, lub też - co czasami było pożądane - jedno opadało całkowicie z sił, kiedy drugie było jak nowo narodzone. Z czasem wyczuliśmy się na polu jednoczesnego dochodzenia. Wierzcie mi - jednoczesny orgazm to była przysłowiowa wisienka na torcie i bynajmniej nie udało się od razu, ani nawet po dziesięciu seansach. To była żmudna, długa i wymagająca cierpliwości praca nad sobą, nad popędem, nad przekierowaniem siły na potem, nad oddechem, nad powstrzymaniem fali orgazmu do właściwego momentu. Kontrola orgazmu w bdsm niewiele się różni pod tym względem, bo tu również jest praca nad sobą, być może jednak jest skoncentrowana bardziej na aspektach fizycznych (orgazm) aniżeli psychicznych (wspólne przeżywanie orgazmu na poziomie mistyczym). Przynajmniej ja to tak widzę.

Obecnie tantra jawi mi się jako forma medytacji i rozmowy z samym sobą, co z kolei rozciąga się również na Partnera i wspólne z Nim przeżywanie. Taka rozmowa bez słów, z wymianą energii, odczuć, wrażeń, myśli, wspólne adorowanie się.
Nie da się tego zrobić w pięć minut, ale też zapewne nie powinno się tego przeciągać na długie godziny. Źródła podają, że czasu w tantrze w zasadzie nie mierzy się zegarkiem i ja się z tym zgadzam. Idealny czas trwania to moment, w którym odczuwa się  spełnienie sobą i satysfakcję ze zbliżenia.
Polecam zgłębić temat, choćby z czystej ciekawości. Nigdy nie wiadomo, co będzie można potem zastosować w praktyce :)



środa, 25 września 2019

moja fantazja (#16) do zrealizowania

SCENA.

Dzisiaj zaczynam pracę w firmie działającej w branży, która wybitnie nie leży w moich zainteresowaniach. Posada w biurze, jako pomoc dla jednego pracownika. Ale stres jest tak niesamowity, że w nocy nie mogę spać. Rano jak neptyk wyłączam budzik w telefonie, ogarniam się i wdziewam naszykowane wczoraj ubrania. Zaczęłam od cielistej, koronkowej bielizny, która zrobiła dobrze cyckom i zakamuflowała nieco oponkę na brzuchu. Do tego czarna, opinająca spódnica do kolana, pończochy z szeroką koronką, biała koszula, na to czarny, koronkowy sweterek. I obowiązkowe buciki na niewielkim słupku, które wczoraj polerowałam na błysk. Poczułam się, jakbym tak na 1% mogła podbić świat. Zawsze to nie zero, więc z marnym pocieszeniem ruszyłam do biura. 

Na miejscu przejmuje mnie dziewczyna, przepraszając za nieobecność pracownika, któremu mam pomagać, że ma ultra-arcy-ważne spotkanie i będzie ciut później, i żebym się nie wystraszyła, bo to tylko pozory. Oprowadzając mnie po całej firmie, tłumaczy zadania poszczególnych działów i czuję, że dam radę. Z tym przeświadczeniem wracam na biura i....
On już czeka. Ale On, przez takie duże O. Wysoki, z brodą, wzrok taki, jakby zabił parę osób zanim  tu wrócił. Mam wrażenie, że Jego koszula jest z jakiejś stali, tak sztywno się trzyma podając mi rękę.  Nie powiem, podoba mi się i to bardzo. Nie z wyglądu - ale jest w Nim coś takiego co sprawia, że chcę się przekonać, ile się ukryło pod tą sztywną koszulą. Dziewczyna rakiem w trybie pospiesznym wycofuje się z biura rzucając do Niego, że jestem do pomocy i zamyka za sobą drzwi. Pozory.... Pozory mylą, droga koleżanko.

Przez chwilę mierzymy się wzrokiem. Czuję się jak maleńki chomiczek na środku wykoszonej łąki, obserwujący ruch ptaka drapieżnego na niebie. Ale On wskazuje mi krzesło obok swojego i zaczyna powoli, bardzo dokładnie przedstawiać mi moje obowiązki. Staram się nie odpłynąć, bo ten głos jest cudowny; głęboki, miarowy, przywodzi na myśl ogromny ocean. Daje jednak o sobie znać nieprzespana nocka. Chyba za bardzo mi spadła koncentracja, bo czuję dosyć mocne pacnięcie w dłoń. 
- Albo się skupisz sama z siebie na tym, co mówię, albo ja sprawię, że będziesz musiała się skupić.
To mnie w moment otrzeźwia, patrzę w Jego oczy.
- Czy ty mnie właśnie uderzyłeś po ręce? Kary fizyczne to norma w tej firmie? Co to ma być?
Na moment wygląda na lekko wytrąconego z równowagi, ale jedno mrugnięcie oczami sprawia, że na Jego twarz wraca wzrok Łowcy. 
- Nie, ale to ty sprawiasz, że chcę cię w ten sposób karać. 
Ton, w jakim to mówi sprawia, że czuję ucisk między udami.... Nie tutaj, nie teraz! Nie mogę pozwolić, by to jedno pacnięcie w dłoń przekreśliło moją szansę na naprawdę dobrze płatną pracę. Staram się więc wyglądać wysoce neutralnie, ale z jakiegoś powodu On się uśmiecha.
- Widzę, że ta metoda bardzo ci się podoba. I nie udawaj że nie, czytam z ciebie jak z otwartej książki.

Z jakiej kurde paki, przeszliśmy od omawiania zakresu moich obowiązków, do moich preferencji seksualnych? Postanawiam zmienić taktykę. Obracam się bardzo powoli w Jego stronę, rozchylając nogi. Jego wzrok zatrzymuje się na wnętrzach ud, wyścielonych koronką z pończoch. Słyszę, jak wciąga powietrze i bardzo powoli go wypuszcza, podnosi wzrok na moje piersi, a potem patrzy mi prosto w oczy.
- No widzisz, jak chcesz, to potrafisz całkiem nieźle negocjować.
Nie zdążyłam się nacieszyć w pełni tą niby pochwałą, kiedy szybkim ruchem chwyta mnie za włosy i sprowadza do pozycji klęczącej tuż przy Jego nodze. Delikatnie gładzi dłonią moje plecy i kark, jednocześnie wzmacniając chwyt na włosach. Trwamy tak przez chwilę, po czym Jego dłoń z pleców wędruje do guzików koszuli. Odruchowo przez głowę leci mi myśl, że może ktoś wejść, ale On znowu odczytuje moją minę i przerywa, podchodzi do drzwi i zabezpiecza je kodem. 
- Nooo.... Teraz możesz krzyczeć i wołać o pomoc, i gwarantuję ci, że nikt tego nie usłyszy. Ani nie przeszkodzi.
Dopiero teraz dociera do mnie, że drzwi są obite i wyglądają na solidne. W ogóle całe biuro wygląda jak bunkier, ale nie miałam szans się nad tym dłużej zastanowić. Kolejne szarpnięcie za włosy i ląduję na brzuchu na biurku, wypięta tyłkiem w Jego stronę. 
- Nie ruszaj się, bo zaboli bardziej.

A mi nie trzeba tego dwa razy powtarzać. Podchodzi od tyłu, rozpina koszulę do reszty, uwalniając piersi. Czuję, że podnosi spódnicę do góry i odruchowo zastopowałam Jego ręce, ale w moment oberwałam soczystego klapsa w jeden pośladek.
- Co ja przed chwilą powiedziałem?
Tłumiąc soczyste przekleństwo cofam swoje ręce i opieram się na biurku. Tyłek piecze konkretnie z jednej strony, ale skłamałabym mówiąc, że na to nie liczyłam. Ba! Ja liczyłam dokładnie na to. Jeśli podejmujemy tą grę to tylko w ten sposób, że będzie w stanie mnie ujarzmić i oboje na tym skorzystamy. Czuję, jak gładzi pośladki, ugniata je palcami i całuje. Mam od tego ciarki na skórze i nie widząc Go czuję, że Go to cieszy. Sutki twardnieją boleśnie, zaczynam odczuwać coraz większe podniecenie. Takie, że tu i teraz zrobię wszystko, czego On sobie nie zażyczy. Chcę Mu się poddać tu i teraz. On jednak się nie spieszy, zataczając swoimi dłońmi coraz większe kręgi na moim ciele.

Moja koszula z cichym szelestem ląduje na ziemi, zaraz za nią spada stanik i spódnica. Zostaję w pończochach, majtkach i czółenkach przed Nim, czekam co dalej. Zaskakuje mnie, kiedy delikatnie muska moją twarz, a zaraz potem wpija się swoimi ustami w moje usta.
Taki pocałunek potrafi stopić niejeden żelazny mur, a ja nie mam nic na swoją obronę. Choćby marną. Nie mam szans. 
Padam na kolana, i wyjmuję Jego członka. Twardego, idealnego. Chcę Mu zrobić jak najlepiej, więc wciągam go głęboko w siebie. Wszystko, o czym tylko do tej pory czytałam, mam szansę wypróbować w praktyce dokładnie w tym momencie. 
- Głębiej.
Niemal się nim krztuszę, kiedy On z całej siły dociska moją głowę do siebie i zaczyna mnie rżnąć w ten sposób. Czuję, jak majtki przeciekły, a wydzieliny wsiąkają w pończochy. Policzki mnie pieką, tyłek przestał. Chcę więcej. 
Nagle przestaje i uderza mnie w twarz. Kiedy ja jestem oszołomiona, On uderza w drugi policzek i obraca mnie, rozchylając pośladki wchodzi, jednocześnie wbijając w nie palce. Dupa nie szklanka, ale mam wrażenie, że pod naciskiem Jego dłoni coś tam pęka. Wymsknął mi się mały krzyk, a On w odpowiedzi na to wchodzi jeszcze głębiej.
Jego ręce są naprawdę silne, ten dotyk niesie ze sobą jednocześnie ból i rozkosz. Tyłek, sutki, łechtaczka. Włosy, uszy, brzuch. Obraz zaczyna mi się zamazywać, czuję zbliżający się orgazm.  Nie panuję nad wydawanymi dźwiękami, czuję się jak zwierzę. Odlatuję i nie wiem jak długo to trwa. Kiedy wracam, On akurat kończy zalewając mnie obficie.
-Dobra dziewczynka.
A ja muszę na chwilę oprzeć się o to cholerne biurko, bo nie ustoję samodzielnie na nogach.

Nie wiem ile minęło, ale kiedy podnoszę się z biurka nieco przeraża mnie widok jaki zastaję. Mam małe siniaki na ramionach i udach, tyłek mnie piecze od uścisku, a pończochy ślizgają się nieznośnie. Muszę się ogarnąć, więc sięgam po ubrania (na szczęście koszula nie jest pomięta), i na szybko wycieram chusteczką wszelką wilgoć. Kiedy już wyglądam w miarę jakby nic się nie stało, dostrzegam Go dokładnie naprzeciwko siebie. Jego koszula już nie wygląda jak z metalu, teraz wygląda normalnie, jest rozluźniony i taki... Swój. Powinnam podziękować, więc chwiejnym krokiem podchodzę i padam na kolana, opierając głowę o Jego nogę. 
- Dziękuję.
- Za co dziękujesz?
Patrzę na Niego i na chwilę się zastanawiam. Bezwiednie podeszłam, a teraz muszę ubrać ładnie w słowa to, co było. To nie jest paradoksalnie proste zadanie.
- Za to, że na chwilę mogłam pobyć na właściwym dla siebie miejscu. Czy możemy to od czasu do czasu powtórzyć?



(pixaby, free stock photo)



wtorek, 24 września 2019

na językach

"odkryłem nowy przycisk w swojej zabaweczce"

Język.

Niewielki stosunkowo kawałek mięśnia w gębie. Pomocny zarówno w przeżuwaniu, jak i w wyrzucaniu słów z siebie. Może być przyczyną wojen, nawiązania bliższych lub dalszych relacji międzyludzkich, może być czyimś końcem i początkiem. Może nie jest tak samo ważny, jak serce czy mózg, ale za to świetnie może przekazać to, co w tychże się dzieje. Jest  źródłem doznań smakowych (pierwotny zmysł smaku), może być źródłem zdobywania gotówki na życie, jak i doznań seksualnych.

Co ma piernik do wiatraka?
Ano okazuje się, że to sporo (choćby kształt ☺).
Z tymi doznaniami seksualnymi, pokopałam po swoich ostatnich przeżyciach w internetach, i nie znalazłam nic o takim typowym fetyszu związanym z pieszczeniem języka samego w sobie, zabawą z zapinaniem klamerek, wbijaniem w niego palców.... Idealnie w definicję natomiast wpisuje się  zwykły pocałunek francuski,  ale tylko pod kątem pieszczenia drugim językiem ;)
Całkiem spora lista wyskoczyła przy przekształceniu hasła w "pieszczenie językiem". Wszystko, co chcecie, od lizania pępka, po gałkę oczną, skończywszy na stopach czy odbycie (swoją drogą rimming bywa fascynujący i nie dziwię się, że ma tylu fanów).

No dobra, ale co z tą frajdą.
Pieszczoty języka powodują u mnie stan orgazmu, przy czym nie jest to dla mnie czysty orgazm. Jest to na tyle dziwne (bo nowe) odczucie, że próbuję to sobie ułożyć na spokojnie, jako kolejna ciekawostka o sobie. Trochę się różni od tego, co zwykłam uznawać za pocałunek francuski. Mistrz jest w stanie samym tylko swoim działaniem na moim języku sprawić, że wyłącza mi się światełko. Frajdą jest powódź między nogami, oraz tak niesamowite uczucie odlotu że szok. Ja, która kiedyś miała język w swojej sferze zakazanej.

Wracając do pocałunku francuskiego....
Idąc za Wikipedią, podczas tego rodzaju pocałunku języki partnerów stykają się ze sobą,  a ich ślina umożliwia wymianę ok 40 000 drobnoustrojów i 250 gatunków rożnych bakterii. Zbyt gwałtowny, może doprowadzić do skaleczeń i urazów w obrębie jamy ustnej, znany jest również przypadek odgryzienia kawałka języka.
Więc.
Teoretycznie mogę założyć, że to, co praktykuje Mistrz to mocno sadystyczna forma tegoż pocałunku. W praktyce jest Jego własną interpretacją.
Chciałoby się rzec: wincyyyyj.

TONGUE 

sobota, 21 września 2019

kinky piwko

Obiecałam sobie dodać małe podsumowanie naszego pierwszego wypadu na luźne spotkanie ludzi lubiących to i owo ;)

Przede wszystkim uderzyła mnie (pozytywnie rzecz jasna!) otwartość osób już na miejscu. Nie było problemu dosiąść się gdziekolwiek (choć akurat my byliśmy w swoim gronie), każdy mógł zagadać do każdego, oczywiście nie tylko na tematy klimatyczne. W końcu wszyscy mamy poza batem jakieś inne zainteresowania, pracę, czy życie osobiste. Dresscode nie obowiązywał, ale trafiały się tematyczne koszulki, skórzana odzież czy koszule. Również gdzieniegdzie śmignęła obroża, a w naszym przypadku i sznurki ;) Lokal był nieco specyficzny, muzyka głośna, w pewnym momencie w sumie to przeszkadzało (muzyka, nie wystrój!). Ogólnie - jako nowicjusze tego typu wypadów stwierdzamy że było warto, że nawet idąc samemu ma się świetną okazję do nawiązania nowych, wartościowych znajomości. Ogólnego rozluźnienia się. Poczucia naprawdę bezpiecznie wśród ludzi o podobnych zainteresowaniach. Dlatego polecam, w miarę możliwości. 

niedziela, 15 września 2019

łapanie zwierzyny

Pod pewnymi względami Mistrz mógłby w moich oczach zostać sklasyfikowany jako Primal Hunter. Pierwotny łowca, którego celem jest samo dążenie do niego, aniżeli osiągnięcie go.  Oddawanie się swoim własnym instynktom, bez wszelkich definicji, teorii, przywar. Przyjemność, jaką czerpie z podchodów i zastawiania sideł i wszelakich pułapek wprawiła mnie niejeden raz w zdumienie.
Ostatnio coraz częściej zdarza się Mu złapać mnie właśnie w taki sposób. W bezruch, bez użycia czegokolwiek poza własną siłą. Wyrywanie ze mnie jęków, orgazmów i pisków, przemieszanych z odczuwaniem bólu, strachu i wstydu. Wczorajszy seans był kwintesencją tego, co w ciągu ostatnich paru tygodni osiągaliśmy małymi krokami.

Mój język jest cały pokąsany i boli. Nogi zmiękły po parokrotnej utracie oddechu.  Mózg się roztapia na wspomnienie wczorajszego lotu w przestrzeń... I nie był to lot z powodu orgazmu. Bo nie sam orgazm jest najważniejszy, to w sumie miły efekt działań do niego dążących. Lubię zdecydowanie to uczucie, kiedy samoistnie się po prostu nad niczym nie zastanawiam, tylko wtapiam się w Niego i mogę się oddać odczuwaniu wszystkim zmysłami.

W zasadzie to nie potrafię tego podpiąć pod to, czego do tej pory doświadczyłam, natomiast wiem że chciałabym jeszcze. I w sumie to jest miłe, że po tylu latach dalej możemy wpaść w zupełnie nowy obszar i go zbadać na spokojnie. 



poniedziałek, 2 września 2019

mleko i miód

W przerwach pomiędzy pracą Mistrza służę najlepiej jak potrafię, ku Jego uciesze. Jestem dokładnie tym, kim On chce, abym była w danym momencie. Ostatnie dni są po prostu przesycone szczęściem; miód, który spijamy łapiąc wspólne chwile smakuje wybornie. Proste rzeczy, zwykła codzienność, kuszenie czymkolwiek, nagroda za poprzednie burzowe tygodnie.

Najbardziej podobała mi się rola przedmiotu, którego przeznaczeniem było tylko i wyłącznie przyjąć w dłonie i usta spermę, czekając niedaleko nogi Mistrza. Opaska, knebel hakowy, kajdanki doczepione do obroży. Taka kompletna degradacja, połączona z wyłączeniem zmysłu wzroku, głośnymi uwagami M, nagrodzona jednak intensywnymi orgazmami i wbitymi w uda palcami. Odloty całkowicie uzasadnione.

Albo pozycja, w której nie będąc skrępowana linami, jestem całkowicie unieruchomiona Jego ciałem, zmuszona do poddania się (inaczej zaboli). Zdana na Jego łaskę (albo niełaskę), starając się panować nad narastającym podnieceniem wynikającym z faktu przygwożdżenia.

Albo spacer po mieszkaniu na czworaka, przerywany co jakiś czas przygnieceniem do ziemi Jego stopą, tudzież soczystym klapsem serwowanym wprost na obnażone pośladki.

I całe mnóstwo rozmów.










poniedziałek, 19 sierpnia 2019

las

Mistrz po części zrealizował fantazję #9 i skorzystał z tego, że poszliśmy sami na spacer po łąkach pod lasem. Przemycił część osprzętu w plecaku (obroża, opaska, smycz, pasy spinające i kulka), oczywiście podejrzanym było że sam uparł się go nieść (smycz jest ciężka). Wziął również sukienkę.
Więc, zeszliśmy nieco poniżej szlaku, zostawiliśmy rzeczy, dostałam opaskę na oczy, obrożę na szyję i na smyczy po ciemku poszłam za Nim. W ciemności... Wszelkie nawet i minimalne wzniesienia sprawiały lekką trudność. Ale napięty łańcuch był paradoksalnie ułatwieniem w takim chodzeniu. Zostałam w spodniach i trampkach, więc minimalnie czułam smyranie traw po nogach i ewentualne szyszki i kamyczki. 

W pewnym momencie nieco zeszliśmy, poczułam jak przywiązuje mi pasem spinającym najpierw jedną a potem drugą rękę. Pocałował... I odszedł, mówiąc że mam wołać jak coś. Słyszałam Jego kroki, ale nie potrafiłam ocenić czy poszedł daleko. Wiatr również nie pomagał, wszelkie szumy mieszały się ze sobą. Wydawało mi się że słyszę, jak Mistrz zrobił zdjęcie. 
Szczerze, to nie potrafiłam się skupić na swoim położeniu, notabene dość przyjemnym. Prędzej odruchowo wyłapywałam wszelkie odgłosy, które mnie rozpraszały. Być może z odpowiednim nastawieniem do tej sytuacji... A tu zupełnie niespodziewanie. Zostawiona sama sobie myślałam że mija nie wiadomo ile, a minęła chwila. Świadomość tego, że w zasadzie w każdej chwili może ktoś nadejść....

Usłyszałam, że ktoś się zbliża, ale od zupełnie innej strony jak słyszałam Mistrza. Dopóki nie usłyszałam tonacji oddechu byłam niemal pewna, że jakiś gapia się przyplątał. Jak się upewniłam, to cały strach minął w moment, wszystko puściło. Poczułam drętwienie palców w dłoniach, ból na stopie, po ugryzieniu mrówki. Generalnie doszły wszystkie niewygody, o których istnieniu nie wiedziałam. Mistrz podwiesił w międzyczasie jedną nogę maksymalnie do góry, zaczął bawić się cipką, uderzał końcem smyczy (skórzanym) po piersiach. Ostatecznie zostałam w ciuchach w których weszłam do lasu (czyli trampki i legginsy), więc miał utrudnione zadanie i część zamierzonych rzeczy nie wyszła.
Rozplątywanie z pasów przyjęłam z niemałą ulgą - było prościej się otrząsnąć po zdjęciu opaski. Pozostał mały niedosyt, głównie z powodu małej ilości czasu. Takie wyjście wypada nieco więcej czasu jak wstępnie zakładaliśmy. Poza tym pogoda, pogoda.... O wiele lepiej człowiekowi jak jest ciut poniżej poziomu, ponad który gubi się wodę z ciała ;)

wtorek, 13 sierpnia 2019

rozmówki #7

Wieczór, On pracuje, a ja w kuchni kończę swoje zadania na dzisiaj. W międzyczasie oczywiście robię kilka innych rzeczy naraz, ale przerywam widząc smsa od Mistrza. 


Dokończyłam jedno z zadań, wyszłam z tej mojej ultraciepłej pieczary (włączony piekarnik i suszarka do owoców podniosły temperaturę wnętrza na 33 stopnie), podeszłam do Niego. Cudownie chłodno... Od razu się odsunął od biurka robiąc mi wejście, kątem oka dostrzegłam odpalonego pornosa. Ot, miła przerwa w pracy, jak widać. Był cudowny: twardy jak lubię, już zniecierpliwiony. Słodkawy.
Po wszystkim wychodzę z pod biurka, idę umyć ręce, wracam do swojej pracy jak gdyby nigdy nic, bez zbędnych słów. Niedługo potem rozmawiamy
- Dziękuję ci za spełnienie mojej fantazji, od dawna chciałem zrobić coś takiego. Poza tym przyszłaś szybko, taka posłuszna. Brawo.
- do usług, Mistrzu, wiesz lubię sprawiać Ci przyjemność.


sobota, 20 lipca 2019

czasami...

Czasami wystarczy jedno spojrzenie. 

Bezpośrednie - lub rzucone ukradkiem, działa jak wabik, zbliżając do siebie zainteresowanych. Nieważny czas, nieważne miejsce, idealnie: tu i teraz.
W tym przypadku zapach pomarańcz kołysał zmysły, a kropelki soku pryskały na skórę, tworząc lśniące refleksy. Nieznośnik Mistrz nie dał skończyć zadania, jakim było przygotowanie soku. Cierpliwie kroiłam pomarańcze na połówki, a następnie je wyciskałam, odcedzając pestki. Cudowne orzeźwienie przeplatane rytmicznymi ruchami; palce ślizgające się po stole, na resztkach soku. Delikatnie klejąca się skóra, już nie tylko od pomarańczy. Zapach urwał się tylko na chwilę, przez brak tchu spowodowany silnymi dłońmi na szyi.

Stół w kuchni... Bywa świetną alternatywą dla szybkiego zbliżenia, ale tym razem porwaliśmy się na głębszą wodę. Wszystko wymagało więcej czasu, nieco wygody, na pewno więcej przestrzeni. Zapach natomiast był z nami do końca, został na palcach.... I wymieszał się ze wszystkim tym, co zaoferowało tamto intensywne zbliżenie. 





środa, 17 lipca 2019

moja fantazja (#15) do zrealizowania

Z cyklu: idziemy na rower.

Ostatnio po głowie chodzi (a raczej jeździ) mi wyprawa rowerowa, gdzie pod ubraniem mam wdzianko ze sznurka, na to tylko koszulkę i spodenki, jakieś obuwie. Powoli odkrywam tereny za miastem, ale już udało mi się trafić w fajne, bardzo odludne miejsca. I... teoretycznie można by z ciuchów wyskoczyć, a co za tym idzie pojeździć bez odzienia, na bosaka i bez ryzyka mandatu. 

Pomysł zaczerpnięty od A. to jazda z kuleczkami w cipce. To musi być niesamowite doznanie, biorąc pod uwagę choćby wyboje na polnych dróżkach, czy generalnie wysiłek jaki towarzyszy jeździe.

Wykonanie danej trasy (liczba kilometrów lub cel w danym miejscu), jako zadanie.... Bądź kara, w zależności od preferencji. Kiedyś na forum ogólnym padło hasło kar sportowych, gdzie właśnie w takiej formie było np bieganie czy dana liczba którejś z siłówek. Ale jesteśmy przy rowerze, i póki co jego się trzymajmy ;)

Że zamiana siodełka na dildka, to już nawet nie wspominam - alternatywne wypełnienie to wspomniane wcześniej kulki, choć żelowy członek również niczego sobie. W tym wypadku jazda w spódnicy też byłaby niezłym pomysłem ;)


A gdyby tak wszystko połączyć...? 

PONAD CHMURAMI

piątek, 12 lipca 2019

motywacje

Luźno czasami rozmyślam, co można osiągnąć mając odpowiednią motywację. Jak bardzo można zmienić swoje życie dzięki czyjemuś wsparciu, jak wiele pozytywnych (lub negatywnych) zmian może to ze sobą nieść. Bo wiele od tej motywacji zależy: czy mobilizuje do działania, czy zmusza, a efekty są mocno zależne od rodzaju. Inaczej jest działać pod presją, a inaczej z samego siebie. Gdzie leży granica motywacji przez obcych, a bliskich. I co najważniejsze: czy idąc już do celu, robimy to dla siebie, czy dla kogoś.

Mistrz mnie motywuje w zdrowy (w moim odczuciu) sposób. Nigdy nie narzuci mi czegoś, czego bym nie chciała, do czego bym musiała się zmusić, tylko dla Jego widzimisię. Nigdy nie dał mi (i myślę, że nie da) czegoś, co jest ponad moje siły, ale zawsze idzie o poziom wyżej. Manipuluje mną tak, że cele do osiągnięcia są przede wszystkim moje, choć często z korzyścią dla nas. Myślę, że wynika to z tego, że tworzymy stały związek a nie tylko relację, i często cele procentują w przyszłości.
Pokazuje mi, co mogę zyskać i nie oskarża, jeśli czasami zboczę z obranego kursu. Nie kara mnie za to. Mam o tyle komfortu, że moje starania to nie jest moje "być albo nie być". Dążenie do celu sprawia mi po prostu radość, choć często towarzyszą temu różne słabsze dni.
Naprawdę jest dobrze móc czuć, że nic nie muszę - a mogę.

Jeśli chodzi o presję otoczenia - był czas, że odczuwałam bardziej - teraz czasami się zdarza moment zawahania, wzięcia pod uwagę innego zdania, analizowanie go. Nigdy podporządkowanie się obcemu. Wnikliwa obserwacja również się przydaje, choć zbytnie przeżywanie czegoś już nie - to chyba najgorszy chwast do wyplewienia, tym bardziej na ile jest wielka zdolność empatii. Czasami jedno niewłaściwe słowo przeważnie użyte przez obcego potrafi wkopać w ziemię, mimo całej nabytej odporności. I... Zwykle to są momenty, w których trzeba to strawić samemu, dobrze natomiast mieć kogoś bliskiego, kto po prostu będzie.

niedziela, 7 lipca 2019

odkrycie roku (i przy okazji recenzja książki)

i mój bonus za +5 pkt
(z tymi punktami pewnie kiedyś opowiem na co zbieram☺)


Kiedyś wspominałam książki i to, w jaki sposób zdobywałam podstawową wiedzę o seksualnej stronie człowieka. Mam w swojej biblioteczce taką pozycję, jak  
>>mistrzyni penisa, autorstwa: Larousse Jordan, Sade Samantha<< 
Tytuł nieco przaśny, z sugestywnym żółtym bananem na okładce, ale w środku całkiem przydatne infosy: od podstawowych, w stylu budowa fizyczna penisa, po techniki, możliwości i wszystko to, co można fajnego z penisem zrobić. Część żywcem zerżnięta z kobiecych forum, ale w końcu to tylko spis teorii, od których warto zacząć praktykę. Nic, czego bym już nie wiedziała, ale zgrabnie zebrane w całość. Swoją drogą, uważam książkę za fajny pomysł na panieńskie i nie tylko. 

Dzisiejsze moje odkrycie zaś, polegało na użyciu klamerek (drewnianych, nie dużych - ale też nie super małych) na jądrach. Mocny ścisk mają w każdym razie. Przypinałam je wzdłuż paseczka, od góry do dołu, chwytając dość sporą ilość skóry, finalnie zmniejszając ich "objętość" o dwa razy i napinając skórę na maksa. Oczywiście pytałam co klamerkę, czy boli - ale w sumie nie miało szansy boleć za bardzo. Stymulację samego penisa pominę, to samo przez się wiadome.
Mistrz odleciał, co było dla mnie miłe i satysfakcjonujące, natomiast najlepsze nastąpiło przy zdejmowaniu klamerka po klamerce. Przedłużanie orgazmu i gęsia skórka z przyjemności, aż do ostatniej. Wrażliwość jąder jeszcze trochę po ich zdjęciu. Generalnie coś nowego, bardzo mocnego. Stymulującego. Wartego spróbowania.

Do dalszych testów :>
 

czwartek, 27 czerwca 2019

'kara' za spóźnienie

"Uważaj czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni"

Na fali przejawiania chęci na jakąś miłą inaczej sesję dla ciała i duszy, Mistrz wziął sobie do swojego czarnego serduszka to, co powiedziałam..... I zmusił do przekroczenia kolejnej granicy, czego się zupełnie nie spodziewałam. Ale... Czy ja muszę się zawsze wszystkiego spodziewać? .....

Pogoda nie jest łaskawa pod względem ciepłoty. Wychodząc gdziekolwiek, w zetknięciu z tym piecem człowiek w moment się poci, lepi, ma problem z oddychaniem. Tym bardziej przy wzmożonym wysiłku fizycznym, jakim może być ćwiczenie na siłowni pod chmurką. W międzyczasie, jak podczas większości takich wyjść, zagadałam się z A. ;) Wiadomo, babskie pogaduchy mają zupełnie inne znaczenie czasowe, w dodatku pomagają nie skupiać się nad kurwa już nie dam razy więcej, zaraz będę pluć własnymi płucami ćwiczeniem, przez co nie czuć wysiłku aż tak. Więc, pomijając resztę szczegółów przyszłam do domu później o pół godziny, jak powiedziałam, że wrócę. Niedobrze. On zdążył rzucić mi spojrzenie znad laptopa - TO spojrzenie - i, nim się obejrzałam, On już trzymał mnie za szyję i dociskał do ściany.
- O której to się wraca, hmmmm? Myślisz że co ja tu robiłem, czekając na ciebie? (na pewno się nie nudził, sądząc po .... ) Brudna i spocona? Ja cię zaraz zrobię brudną, saro, czy tego chcesz czy nie.
Sprowadził mnie bardzo szybko na ziemię, jednocześnie zdejmując buty i uderzając dłonią po stopach. Tępy ból, choć to nic w porównaniu do tego, że zaczęłam się ślizgać na panelach na swoich własnych kolanach i czole. W szybkim tempie zniknęły również spodenki, stanik i majtki. Koszulka została zwinięta w rulonik wokół bioder. Spięte ręce z tyłu, knebel hakowy w ustach i On ładujący mi się w usta, jednocześnie szarpiąc za włosy. 
Jednym z następstw zdrowotnych jest to, że włosy lecą jak szalone, więc zaraz byłam cała nimi oblepiona. Wszystkie zapachy zaczęły się mieszać - ale paradoksalnie nie przeszkadzało mi to. Jedynie co chwila moje własne włosy wpadały do ust, przez co musiałam co chwilę Go prosić, aby je wyciągał. 
Bardziej przeszkadzał mi mój własny dyskomfort wynikający z braku prysznica po ćwiczeniach. Nie znoszę być brudna, zwłaszcza podczas seansu. Czuję siebie wtedy, choć On wielokrotnie mówił, że przesadzam. A podczas tego seansu... O to właśnie chodziło. 
Moment, w którym sperma wylądowała na twarzy, na piersiach - po czym została wsmarowana w ciało Jego dłońmi, to był pierwszy moment przełomowy i dotarcie do granicy. Wszystko się wymieszało. Wszystko się lepiło. Bariera w głowie, żeby wziąć i spierdalać do łazienki, że dość, że więcej nie zniosę. On natomiast położył mnie na plecach (leżałam na swoich własnych dłoniach) i wziął wandę do ręki i packę, żeby pomóc mi nie zaciskać nóg. 

Bardzo długo nie mogłam dojść.

Nie pomagały Jego komentarze na temat tego, jak wyglądam, co jeszcze zrobi, i że zasadniczo to cipka mnie zdradza. 
Lało się ze mnie.... Mocno. Kolejne wydzieliny, które rozsmarowywał na ciele. Nie pomagały smagnięcia packą, Jego wbijanie palców w uda. Wszystkie emocje zaczęły wypływać wraz ze łzami:  upokorzenia, bólu, bezsilności, wstydu. Płynęły i płynęły, a wanda wibrowała, powodując zdradę ciała nad umysłem. 

Orgazm... Był dziwny. Mocny, otępiający zmysły. Było mi wszystko jedno, jak wyglądam, jak pachnę, jak bardzo brudna jestem. Tak bardzo szybko osiągnęłam swój limit.... Nie mam na to jakiejś puenty. 
Kiedy zapytał, czy się wstydzę jeszcze czegoś, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie. I że cierpną mi cholernie ręce. Pomógł mi się wysupłać z kajdan, zaprowadził pod prysznic. Umył, całą, jak małą dziewczynkę. Zaopiekował się. 
To było jednocześnie ciężkie, ale i oczyszczające.

sobota, 22 czerwca 2019

pewien poranek

Od przeprowadzki w końcu śpimy nago, więc, poranki bywają dla mnie satysfakcjonujące organoleptycznie. Uwielbiam w nieskończoność gapić się na Jego tyłek, bo to najzarąbistszy tyłek jak mógł mi się przytrafić.
Uwielbiam dotykać Go kiedy jeszcze śpi - wodząc palcami po Jego skórze, brodzie... Kiedy oddycha miarowo, spokojnie, taki bezbronny, a jednak góra mięśni. Kiedy podnosi powiekę, mówiąc mi ochrypnięte "dzień dobry" mam ochotę zostać w tym łóżku cały dzień, niczym się nie przejmując i licząc na wzajemne obdarowywanie się przyjemnościami. 
Ale się nie da.
Świat dorosłych bywa wredny i, kiedy On szykuje się do pracy, ja zwykle słyszę szuranie w pokoju dzieci. Jeśli nie słyszę, zakopuję się w kołdrę i próbuję łapać resztki snu, który bywa kapryśny i czasem przychodzi jeszcze, a czasem nie. Od poranku w zasadzie zależy cały dzień - im lepsze wstanie, tym lepszy humor wieczorem, pomimo problemów w pracy czy w domu. Dlatego codziennie, jak mantrę mamy swoje własne życzenia pomyślności, których nie odpuszczamy choćby nie wiem co. Na szczęście! 
Pewnego poranka nie mogłam się powstrzymać przed tylko dotykiem. Głębokie gardło to z pewnością coś, co rozbudza mężczyznę, wprawiając go w kilka stanów odczuwania, zaraz na granicy świadomości pomiędzy snem a rozbudzeniem.... A przynajmniej Mistrz tak wyglądał, kiedy poszłam o krok dalej, i już kołysałam się na Nim z coraz większą siłą. Nie brałam nic w zamian, poza obserwowaniem Go aż do końca. 

Wiem, że pod tym względem myślimy podobnie - On również uważnie przygląda się rano na cały wachlarz moich emocji, kiedy wpada nam takie spontaniczne spotkanie na tle sensualnym. Kiedy wzajemnie możemy się sobie oddać, będąc względnie wyspanymi - ale zdecydowanie wypoczętymi. Poranki pod tym względem mają przewagę nad wieczorami. A teraz.... Od przeprowadzki obfitują w niespodzianki. 


niedziela, 16 czerwca 2019

survival wyjazdowy

Czyli klimat na wczasach, część pierwsza i ostatnia.

Po pierwsze, do walizy zapakowaliśmy długi sznur, krótką rozpórkę, krótszy sznur... A, i szklaną kulkę na łańcuszku,  i zdaliśmy się na żywioł.  W tym wypadku piach, woda i zacisze klimatycznego, drewnianego domku, w którym oczami wyobraźni widzieliśmy miliony możliwości. To nic, że w praktyce te miliony możliwości niwelowały się jedna po drugiej, z powodów od nas niezależnych - coś jednak zostało, przede wszystkim nasze dobre nastawienie.

Za pierwszym razem planowany spacer na smyczy, z kulką i w zakrytym negliżu pokrzyżowała plany pogoda (panicznie boję się burzy, która akurat tego wieczoru wesoło dawała po garach za oknem). 
Za drugim razem zostaliśmy w domku, pod okienkiem bez firanki (i w bliskim sąsiedztwie sąsiadów). Mistrz wyjął zza pazuchy cały pakiet swojej twórczości i stworzył sznurkiem coś na wzór sieci rybackiej na moim ciele. No, w końcu nad morzem byliśmy. Potem spiął mi ręce i nogi do siebie, a potem było fajnie ;) Zawsze powtarzam, że kulka wyjęta w odpowiednim momencie dodaje przeżywanemu orgazmowi + 1 punkt do jego zajebistości i siły.

To, co bolało najbardziej, to sznury na podpieczonej słońcem skórze - wpijanie się w ciało było odczuwalne zdecydowanie bardziej, jakby ją zdzierało. Po zdjęciu sznurów oczywiście przytarcia znikły dość szybko, ale na wszelki wypadek użyłam jeszcze chłodząc-regenerującego żelu.
Natomiast to, za co miałam ochotę się "obrazić" na Mistrza w pozostałe dni, to trzepanie tyłka dosłownie tym, co było pod ręką. W szczególności zapamiętałam łopatkę do piasku. Taką dla dziecka, dużą, z dość grubego plastiku. Do przekopywania piasku (w poszukiwaniu bursztynków?), i, jak komuś się chce, to pewnie do wykonania dołka w celach innych. Bolało, a wcale się nie wydawało, że będzie taka wredna w odczuciu. Nie polecam.













Oczywiście żartuję z tym obrażaniem - dałam się udobruchać (z naciskiem na ostatnie dwie sylaby tego wyrazu) i mi przeszło ☺


poniedziałek, 20 maja 2019

pewne pytanie

Co by było, gdyby Mistrz okazał się uległym mężczyzną? Taka myśl przyszła mi do głowy po jednym pytaniu, w temacie uległego mężczyzny:
Czy gdybym była w związku z uległym, czy szukałabym Pana, aby móc się poddać?  

Czy starałabym się przekuć rzeczywistość w osobisty sukces, zadowalając i Jego, i siebie? Czy zamiast mówić dzisiaj o uległości, mówiłabym o dominowaniu? 
Wiecie, że u nas to wszystko wyszło z czasem. Kolejny etap, choć od początku to On był niejako Osobą decyzyjną. Zdecydowanie wiele cech wspólnych i zainteresowań. Oboje w zasadzie od początku korzystaliśmy z różnych przedmiotów i do pewnego momentu klimat nie był nam potrzebny do ich używania. Jest dobrze jak jest. Ale...
Czy mając tyle lat co wtedy, kiedy zaczynałam związek z Mistrzem.... Czy wybrałabym świadomie lub nie kogoś, komu to ja będę przewodzić? Nie jestem tego pewna. Pod tym względem miałam raczej jasno określony cel, oraz sylwetkę tego, czego poszukuję. Dwie, może trzy cechy wewnętrzne, jedna zewnętrzna. Nie miałam wielkich wymagań, patrząc na swoje koleżanki które czasem szukały nie wiadomo czego (ciekawe, czy wiedziały czego konkretnie). Nie byłam też na tyle silna.
Jak sobie teraz o tym myślę, to chyba szukałam podświadomie Kogoś, na kim i ja będę mogła się oprzeć. Do Kogo będę mogła przytulić się w nocy. Osoba, która będzie w stanie realnie mi pomóc. Gdybym była w stanie sama siebie uratować.... To w tym momencie zapewne byłabym sama. Bo seks... Kobieta znajdzie gdziekolwiek, bez problemu. Potrzeba więzi to, jakby nie patrzeć, również potrzeba choć skomplikowana, nie każdy ją ma. A skoro wszystko mogłam sama, to po co mi Ktoś?
Gdybym jednak związała się z uległym mężczyzną i była między nami więź złożona z uczuć... To chciałabym mieć Go tylko dla siebie i zapewne starałabym się wpasować, dostosować do Jego potrzeb. Moja uległość zostałaby uśpiona, zakopana głęboko. Pisałabym pewnie o dominacji, szukała porad i informacji, tak jak teraz. Natomiast gdyby mimo moich starań był nieszczęśliwy.... Obawiam się, że jedyną słuszną drogą byłoby rozejście się. Czy wtedy odkopałabym uległość i poszukiwałabym Pana? 
Nie. Bo u mnie nie jest to cecha określająca typ związku. Dobrze, jeśli wyszłaby z czasem.

Wróciłam do punktu wyjścia.


wtorek, 14 maja 2019

w internecie nic nie ginie

Czyli luźne rozkminy w temacie informacji wrzucanych w różne miejsca w necie i praw autorskich do nich.

Na pewno wielokrotnie trafiliście na blogi poświęcone danej tematyce, okraszonej wieloma zdjęciami zaczerpniętymi z internetu. Super, jeśli jest podany autor i źródło, w większości przypadków jednak nie ma takiej informacji. Oczywiście istnieją bazy zdjęć, zarówno bezpłatne (przy czym mają opcję dobrowolnej dotacji na rzecz danej bazy) jak i płatne, na zasadzie nabycia praw do ich wykorzystywania. Temat praw autorskich to temat rzeka - kradzieże intelektualne były, są i będą. I znowu - super, jeśli autora danej informacji pyta się o zgodę na wykorzystanie u siebie jego własności. Bo biorąc pod uwagę kwestię obrazkowych blogów - nic do nich nie mam, wręcz przeciwnie: uważam za duże ułatwienie w wyszukiwaniu danego tematu. Bo często te treści po prostu nie zawierają zdjęć prywatnych, prędzej są to fotografie komercyjne czy uwiecznione sesje foto, zawsze też może się zgłosić autor żądający usunięcia lub podpisania, z czym zwykle nie ma problemu. Tym lepiej. Zależy też, w jakim celu wykorzystuje się czyjąś własność - czy są to cele prywatne (np czyjeś zdjęcia zapisane w prywatnym folderze na prywatnym komputerze, tylko do wglądu), czy komercyjne (np wykorzystanie zdjęcia w konkursie czy stworzenie intratnego profilu). Natomiast nie ma się co czarować - pod tym względem internet jest bardzo duży, i w zasadzie często nie chce się dokładnie szukać, skąd dana rzecz pochodzi, a tym bardziej pytać.

Na zamkniętych forach i czatach jest dość swobodny przepływ zdjęć, filmików i informacji, nie tylko "anonimowych", ale również prywatnych właśnie, pochodzących od samych użytkowników. Mają one za zadanie zainspirować, zachęcać, bywają powodem dyskusji. Informacje czasem bardzo ogólne i anonimowe, niekiedy zaś pozwalające dokonać identyfikacji tego, kto jest autorem... Wprawny osobnik śmigający w programowaniu bez problemu odnajdzie właściwy adres IP z którego dana rzecz wpadła, a po nitce do kłębka - również informacje personalne. Dlatego tak ważne zwykle jest, aby zamknięte dla ogółu miejsca miały choćby podstawową selekcję tego, kto uczestniczy w takiej społeczności. Na bieżąco monitorować wszelkie odchylenia oraz nadużycia i reagować możliwie jak najszybciej. 

Klimatycznie rzecz biorąc, to niejednokrotnie w rozmowie pytałam danej  osoby, czy ma podpisany jakikolwiek dokument chroniący jej wizerunek uwieczniony na zdjęciach wykonanych dla Pana, czy przez Pana. Żaden z moich rozmówców nie zawracał sobie tym głowy. Do tej pory upieram się przy swoim zdaniu, że to jest niesamowicie ważne, na równi z omawianymi granicami względnymi i bezwzględnymi. Bo w razie rozejścia zwyczajnie chroni dupę przez ewentualną zemstą w postaci rozpowszechnienia informacji intymnych, pozwala szybciej wyegzekwować ukaranie. Pragnę wierzyć, że wszyscy, z którymi podjęłam ten temat trafili po prostu w uczciwe osoby.

W internecie nic nie ginie. Raz wrzucone, zostaje tam na zawsze. I w zasadzie nie wiadomo, do ilu osób może dotrzeć dana treść, ani w jaki sposób zostanie ona jeszcze wykorzystana, poza udostępnieniem dalej. Nie każdy jest uczciwy, a w w tym cyfrowym morzu istnieją również grupy specjalizujące się w wyłapywaniu prywatnych treści, a następnie wykorzystywanie ich w sposób podpadający pod niejeden paragraf. Mam nadzieję, że w przypadku klimatycznych panuje niepisana zasada - gdy niechcący kogoś się odnajdzie i zidentyfikuje, to po prostu nie podejmuje się działań, a wiedzę zachowuje dla siebie. Przynajmniej ja tak robię.
Ale czasami aż dziwi, jak niejednokrotnie są osoby dosłownie podające się na tacy - a klimat to ich wielka tajemnica, skrywana przed poukładanym światem ogólnym. 

Idealnie: mieć świadomość tego, że umieszczone zdjęcia, czy inne informacje mogą wyciec i wpłynąć w codzienność, burząc dotychczasowy porządek. Warto rozważyć dobrą selekcję tego, co mimo wszystko chce się umieścić - że nawet jak wycieknie, to nie narobi syfu.


piątek, 10 maja 2019

rozmówki #6

Pijemy kawę, w pewnym momencie dzwoni jeden z klientów. Mistrz prowadzi rozmowę techniczną, a ja postanawiam nieco Go wytrącić z tego porządku. Na Jego oczach zaczynam bawić się paluszkiem: wkładam go do ust, oblizuję, paluszek zsuwa się niżej. Drugą ręką zaczynam dotykać piersi, nieco je odsłaniając. Widziałam, że stara się nie patrzeć w moją stronę i skupić na rozmowie, ale dwa razy się zawahał nad tym, co miał dalej powiedzieć. Nie rozmawiał długo. Skończył, wstał z krzesła i podsunął mi go, żebym przełożyła się w pół. Więc, głową w dół, brzuch na krześle, tyłek wypięty, nogi zahaczone o podłogę. Szybka akcja, połączona z naprawdę mocnymi czterema uderzeniami w tyłek (zawsze liczę tak mocne), ból na granicę płaczu, rozbity ciągiem dalszym. Po wszystkim, w lustrze ukazały się podbarwione na fiolet palce Mistrza, który żartobliwie ich ułożenie porównał do motylka, który przysiadł na pośladku. 
- Widzisz, czym się kończy pokazanie mi cycków?
- i właśnie dlatego staram się ich Tobie nie pokazywać. nie uderzyłeś z całej siły, prawda?
- Nie, ale to było od serca. 
- to pewnie się dowiem jak to jest z całej siły, gdzieś za rok - dwa?
- Bo?
- bo pewnie tyle zajmie mi przyzwyczajenie się do bólu? jeszcze rok temu nie byłabym w stanie znieść fizycznie tego, co obecnie czasem wpada. za rok zapewne zniosę jeszcze więcej. 

Osobiście (i po cichu), to ja to nazywam ubijaniem dupy na twardo.

znalezione w internecie


😉

czwartek, 9 maja 2019

BONDING

Miałam przyjemność obejrzeć z Mistrzem ten serial, dostępny na Netflixie. Odcinki mają mniej więcej 15-16 minut, pierwszy sezon składa się z siedmiu części. Cytując opis: "Nowojorska studentka, która dorabia wieczorami jako domina, składa przyjacielowi gejowi ze szkolnych lat nietypową propozycję."
Propozycja ta polega na byciu jej asystentem - można powiedzieć, że niedoświadczony klimatycznie laik wpada nagle w świat dominacji, uległości i skrajnych fetyszy, które  realizują odwiedzający ową Dominę klienci. Do tego dochodzą problemy prywatne obojga, moralne dylematy, walka z samym sobą na wielu płaszczyznach i próba akceptacji własnej rzeczywistości.
Całość wyszła zgrabnie, momentami śmiesznie, na próżno szukać przesadnej golizny pomimo wielu, wielu rozbieranych scen :) Nieklimatyczni potraktują to zapewne jako zabawną parodię bdsm, kolejny naprawdę świetnie zmontowany serial. Klimatyczni..... Nam się dobrze oglądało, cięty humor, dużo przekleństw, gagi sytuacyjne tym zabawniejsze, na ile sami czegoś doświadczyliśmy. Zmusza do zastanowienia się nad aspektami bdsm w życiu codziennym, konsekwencjami płynącymi z realizacji fantazji i tym, co może się wydarzyć kiedy uzewnętrzni się światu swoje drugie ja.

Bardzo polecam, jako ciekawostkę.




#recenzja

środa, 8 maja 2019

bezpruderyjność

Zainspirowałam się wpisem Uważnej i pochyliłam nad tym pojęciem nieco bardziej, jak dotychczas. 

Bezpruderyjność: według Słownika Języka Polskiego, jest to "brak pruderii, czyli udawanej, fałszywej wstydliwości".  
Tak bardzo się zgadzam z Uważną i jej zgrabnym określeniem, że bezpruderyjność to specyficzna otwartość, w szczególności umysłu, na ogólnie pojętą seksualność! Pozwolę sobie rozwinąć to, o czym myślę - uważam, że w bezpruderyjności zawierają się zarówno swobodne rozmowy w tematach intymnych, jak i całkowita zgoda z własną naturą do praktykowania tychże. 

Dzisiejsze czasy są pełne paradoksów i przesad, nadgorliwości wiele ponad kreskę. W tej całej codzienności, gdzie seks w zasadzie uderza nas zewsząd: począwszy od reklam, skończywszy na filmach, dziwi niesamowicie, że wszelkie jego aspekty to ogromne tabu, a genitalia są wstydliwie określane eufemizmami tematycznymi, zaczynając od "to"". A przecież zdecydowana większość dorosłych miała choć raz w życiu relację intymną. Wierzę, że są osoby naturalnie wstydliwe, opanowane, tak wychowane, nie lubiące rozmów o seksie. Wierzę również, że podstawową biologię człowieka przerabiał w szkole każdy dorosły, choćby na poziomie podstawowym. Ale dostaję czasem sama z siebie białej gorączki, kiedy dorosła osoba nie potrafi (albo nie chce) powiedzieć poprawną nazwą danego intymnego elementu, tylko używa jakiegoś zabawnego określenia z powodu właśnie takiego pustego wstydu. Nie chodzi mi o przesadę i rzucanie penisami i waginami na prawo, i lewo, byciem wyzwolonym na przerost. Chodzi mi o to, żeby umieć nazwać to, co się posiada ze zrozumieniem tego, jakie korzyści z faktu posiadania płyną. Poprawnie, bez udawania zgorszenia, bezpruderyjnie. 

To, na co również zwracam uwagę to to, dlaczego filmy z jakimkolwiek zbliżeniem intymnym często są dozwolone od wyższego progu wiekowego jak siekanina, gdzie krew leje się strumieniami, a przemoc jest naprawdę konkretna. Umówmy się: w zwykłych filmach zwykle nie ma królewskich ujęć rodem z porno, większość scen jest niesamowicie sensualna, często niedopowiedziana. Oczywiście próg wiekowy musi być, choćby dlatego że ci mniejsi po prostu nie zrozumieją. Wiadomo, że czasami wyskoczy kawałek cycka, lub czyjegoś zadka. Ale biorąc pod uwagę co niektóre kampanie reklamowe ogólnodostępne, wylewające się z reklam w tv, gazet czy banerów... Jestem zdziwiona. Przemyka się nad tym, jak nad czymś naturalnym, kiedy (przeważnie) kobiety robią za słupy reklamowe swoim (często prawie nagim) ciałem. I to nie jest 12+ czy 16+, to jest zwykła reklama, która ma dotrzeć do jak największej liczby odbiorców (często właśnie poprzez kontrowersje jakie wywoła).

Uważam bezpruderyjność za coś tak naturalnego, jak oddychanie. To integralna część człowieka, której nie powinno się wstydzić, czy zakrywać przed nią oczu. Bycie bezpruderyjnym jest byciem w zgodzie z samym sobą, oraz wiedzą samą w sobie. Bo często pruderyjność wynika z niewiedzy, czy z braku doświadczenia w temacie, czasami również z przykrych doświadczeń. Już kiedyś pisałam, nieraz, ale powtórzę - warto zacząć od rozmowy z samym sobą. To ciężkie, ale przyszłościowe. 


piątek, 3 maja 2019

za zasłoną zawstydzenia

Mistrz ostatnio bada moje reakcje na zawstydzenie w różnych sytuacjach. To zdarza się często, więc zaliczam to w koszty zadań jakie nieraz przychodzi mi wykonać. Zmniejsza się natomiast zdecydowanie liczba rzeczy, które mnie krępują.  Ogólnie rzecz biorąc, to w teorii czego się wstydzić; seksu pod kołdrę nigdy nie chowałam, bezpruderyjności również, ale w przypadku osób postronnych mam świadomość tego, że oczy innych niekoniecznie chcą oglądać. Dlatego jeśli chodzi o ową zasłonę na niektóre działania to często i gęsto są to gesty tylko w obrębie naszej dwójki: Jego i mnie. Paradoks biorąc pod uwagę ekshibicjonizm słowny w niektórych notkach osobistych na blogu. Ale... Czasem łatwiej napisać jak opowiedzieć, a później prościej opowiedzieć to, co zostało napisane. Jest kilka rzeczy które niezmiennie zawstydzają mnie w takim samym stopniu co parę lat temu. I chyba wątpię, żeby to się zmieniło.
Bo klimat traktuję jak wyzwanie; sztukę, w której mam określoną rolę do odegrania. Nie jest mi jednak niezbędny do życia - jest dobrze tak jak jest, ale jakby nie było - też byłoby dobrze. Jest wysoce prawdopodobne, że w równoległej rzeczywistości, przy osobie nieklimatycznej po prostu dostosowałabym się, nie mając potrzeby realizacji za wszelką cenę. Choć, oczywiście, to tylko gdybanie, bo życie bywa jak wredna i nieprzewidywalna sucz, która raz pozbawia skrupułów, a raz jaj. Czego ja bym została pozbawiona - tego nie wiem.
Mówiąc o zawstydzeniu wypadałoby jeszcze wspomnieć o chowaniu z powodu wstydu poważnych problemów za zasłoną. Wierzę, że nie o wszystkim da się powiedzieć od razu.... Ale tworząc małe państwo w którym pominie się parę cegieł w fundamentach, trzeba liczyć się z katastrofalnymi skutkami, wprost proporcjonalnymi do wagi tego, co za zasłoną zostało. I znowu, mogę odnieść jedynie do siebie - bywają w moim odczuciu pierdoły którymi dzielę się z Mistrzem przypadkiem. W perspektywie czasu natomiast, jedna taka pierdoła na ileś okazuje się być kluczowym puzzlem w całej układance. Do tej pory panuje u nas złota zasada, że nie mamy tematów tabu i uważam to za duże ułatwienie dla obojga. Są rzeczy, które za zasłoną czekają na właściwy moment, nigdy jednak tam nie pozostawały na zawsze.
 

niedziela, 28 kwietnia 2019

obicie w serduszka

Akt I scena 1
Czekałam na Jego powrót, a w międzyczasie przyszedł mi do głowy mały pomysł. Dzieci już spały, więc szybko wskoczyłam pod gorący prysznic, ubrałam haftowaną (koronkową) halkę, zaaplikowałam szklaną kulkę i zaczęłam przygotowywać posiłek. W mieszkaniu panował półmrok oraz cisza, nagle przerwana przez zgrzyt zamka w drzwiach. Pojawił się On; aż mi się na moment głupio zrobiło, że planowałam Go wymęczyć jeszcze bardziej. Na razie niechaj jednak cieszy swe oczy widokiem i odpoczywa, wcinając uprzednio przygotowany posiłek.
Jak skończył, pokazałam Mu to, co kupiłam - i nagle Jego zmęczenie gdzieś zniknęło. Nakazał iść za sobą, klęknąć przy wannie - usiadłam, bo tak wygodniej było się bawić łańcuszkiem. 

Akt I scena 2
W sypialni już się nie bawił w uprzejmości; nakazał klęknąć w określoną pozycję z tyłkiem w górze, dając mi posmakować penisa aż po same jądra. Jak pilotem, nową szpicrutą sterował szybkość, siłę, oraz głębokość. Chyba naprawdę polubię się z tym osprzętem, bo choć nie przykładał zbytnio siły to uderzenia były celne i serio przyjemne. Raz za razem, na całym ciele powstawały kształtne ślady, choć na pośladkach zaczęły się powoli zlewać w jedną plamę. Całkowite rozlanie się emocji, przerywane systematycznym plaskaniem serduszka o skórę, wieńczone dochodzeniem z mojej strony w ilości wskazanej przez Niego.

Akt II scena 1
Wieczór nie należał do udanych. Rozminęliśmy się w swoich własnych oczekiwaniach, dlatego też ostatecznie skończyłam przy Nim, układając się do snu. Ale... Sen snem, a potrzeba potrzebą, która zaczęła buzować coraz bardziej pod powiekami, więc zeszłam pod kołderkę (...).
W nagrodę dostałam obietnicę orgazmu - ale najpierw zostałam przypięta do rozpórki za ręce i nogi, jak złapane zwierzątko, wypięta bez możliwości zmiany pozycji. Powtórka z dnia poprzedniego, Mistrz znowu tworzył skórę w serduszka, tyle że tym razem nie byłam w stanie jakoś tych razów uniknąć. W dodatku pora niewyjściowa, głucha cisza i jestem pewna, że plaśnięcia się niosły echem. Trudno, kiedyś kupię sąsiadowi dobre wino.
W pewnym momencie Mistrz mi przepiął ręce w tył, więc wygięta w łuk i oparta o Niego próbowałam wytrzymać uderzenia w piersi, w szczególności w sutki (to, że się obiły, poczułam przy spoceniu się, jak zaczęły kurewsko szczypać). Przyjemności, przez głowę mi przemknęło, że umiejętnie stosowane mogłoby być pomocą przy wzmacnianiu orgazmu, ale to nie był czas na wypowiadanie tej myśli na głos, następnym (wcześniejszym) razem.

Akt II scena 2
Padliśmy jak nieżywi. 


I DON'T WANNA BE ME
 

sobota, 27 kwietnia 2019

rozmówki #5

W kuchni, szykuję dla nas kawy, Mistrz zachodzi mnie od tyłu. Zadaje jakieś pytania, ale kusi mnie się nieco z Nim podroczyć, więc unikam odpowiedzi, zbywając Go z usmiechem. Raz, drugi. Widzę jednak kątem oka, że za moimi plecami sięga do wiszącego na haku cedzaka (tej metalowej cholery jasnej). I jakoś tak, jak pyta po raz trzeci, odpowiadam jak torpeda na wszystko. Odruchowo, a przeciez nawet go nie dotknął. Nie musiał.


piątek, 26 kwietnia 2019

zakupowo

Dzisiaj przyszła paczucha i cieszę się jak dziecko, bo to rzeczy odkładane wiecznie w czasie, z różnych przyczyn. I w końcu mam je na własność.
Tym bardziej, że to niespodzianka dla Mistrza ☺pewnie się zdziwi jak wróci.


Był dylemat czy brać pojedynczą czy taką podwójną, w dodatku sporo czasu była niedostępna na necie. Więc jak już ją zlokalizowałam, to nie szukałam kolejnych wymówek.



Co do serduchowej packi - po przyłożeniu ze sporą siłą robi ładny ślad, ale szybko znika; myślę, że to zależy pewnie od miejsca (self test był na przedramieniu). Jest urocza, choć pewnie w praktyce będzie mniej urocza. Na razie jednak się bardzo lubimy ;)


wtorek, 23 kwietnia 2019

co można zrobić w kwadrans

Ostatnio wpadł temat podczas jednej z rozmów, ile można zrobić w ciągu małego odcinka czasowego, 15-20 minut (proszę przekrętnie nie czytać, że minet ;) ). Bo w końcu różnie bywa - ochota weźmie człowieka znienacka, a często i gęsto brak większej możliwości na realizację, lub ulżenie sobie w tej niedoli. Bo goście, dzieci, czy zwyczajnie miejsce publiczne.

Wspomniałam, że nawet kiedyś coś podobnego opisałam, niemniej jednak zastanowiłam się, co jeszcze można satysfakcjonującego zmieścić w taką małą chwilę. Na pewno nie całkowite wiązanie - to zajmuje zdecydowanie dłużej. Najszybciej skorzystać z kajdan, lub wprawnymi rękami takowe na szybko zrobić z liny. Czasem wystarczy pas od spodni, szalik lub apaszka, lub choćby koszulka, żeby nieco unieruchomić. 
Na co mi starcza zwykle 15-20 minut?
W zupełności starcza na szybkie sprowadzenie na ziemię, pod but, zwłaszcza w stanach pilnie tego wymagających. Na szybki numerek. Na dwa - trzy orgazmy. Na wykonanie w miarę nieskomplikowanego zadania. Na szybką sesję foto. Na ogrzanie pośladków czymś fajnym: dłoń, flogger, trzepak. Na rozmowę. Na zrobienie nago kawy ☺

Myślę, że dla chcącego nic trudnego. 
Poza tym, 15 minut w ciągu dnia może być świetnym wstępem do czegoś dłuższego nieco później; lub też zwyczajną ulgą w zabieganym dniu. Albo po prostu szybkim wykorzystaniem sprzyjającej ku temu okazji.

sobota, 20 kwietnia 2019

ziarna piasku

Jestem w tej małej grupie procentowej ludzi w tym kraju, którzy naprawdę czekają na deszcz - i to wręcz na ulewę......
Alergia daje mi się mocno we znaki, a w ostatnim czasie jest chyba maksymalne natężenie. Zauważyłam, że z roku na rok jest coraz gorzej. Taka pierdoła a ma niesamowity wpływ na wszystkie elementy mojej codzienności. Najgorszej oczywiście ze sferą seksualną - nie ma nic gorszego od ataku kichania podczas całkowitego unieruchomienia, czy przytkanego nosa z kneblem w ustach. Antyhistaminaty pomagają, ale za to w pewnym momencie wraz z innym lekiem (który muszę brać) działają usypiająco. Czasami powodują też większą huśtawkę nastroju.
Te stany przejściowe są jak ziarna piasku; uwierają mnie w oczy jeden po drugim.
I tym razem podziwiam cierpliwość Mistrza, że tak wyciąga cierpliwie jedno za drugim, i nie jest na mnie wkurwiony. 





piątek, 19 kwietnia 2019

wiosenne porządki

Posprzątałam większość porozwalanych po całym pokoju (a raczej pokitranych w różnych skrytkach) zabawek i sprzętów, wszystko w jedno miejsce. I tak muszę do tego wrócić, bo znowu jest wymagana segregacja: sprawne, niesprawne, nowe, szklane, takie tam. Wszystkie liny zyskały nowe długości, a ich końce są zabezpieczone. Niewymiarowe kijki i sosnowe tyczki z racji rozmiaru wylądowały za koszulami, a trzepak... O trzepaku zapomniałam i to był błąd. Bo wieczorem, Mistrz zaglądając w miejsce gdzie zwykle były osprzęty rozgrzewające skórę (taki zimowy pakiet, a już wiosna przecież), widocznie nie znalazł czego szukał - poza wiklinką właśnie. Ciepło mi było po gorącym prysznicu, a jednak widząc trzepak w Jego dłoni mnie zmroziło. Tym bardziej że od dwóch dni łaził z tym swoim pokrętnym uśmieszkiem, tu podszczypując, tam klepiąc po pośladkach o natężeniu bardziej jak "mocno".
Więc, zostałam zmuszona do przyjęcia pozycji na "rozpłaszczonego na plecach kotka", z kolejnymi celnymi (i piekącymi) uderzeniami korygowałam swoje kocie gesty i pomruki, aż do całkowitego zadowolenia Jegomości. Bynajmniej jednak trzepak nie wrócił na miejsce, wręcz przeciwnie - teraz to narzędzie tortur skutecznie sprawiło, że w chwilę moment wylądowałam na dnie własnych smutków. Unieruchomione ręce Jego stopą powoli drętwiały pod naciskiem. Każde kolejne uderzenie wyciskało wodę z oczu tak skutecznie, że w pewnym momencie jak przestał to poczułam, że wypłynęło wraz ze łzami wszystko, co mnie w ostatnim czasie męczyło. I uderzenia w moim przypadku naprawdę nie były mocne. 
Późniejsza część tego uroczego spotkania przebiegła już potem tradycyjnie jak na nas: nieco głośno, trochę mokro, orgazmowo i blisko. 
Lubię tak.


środa, 17 kwietnia 2019

teoria swoje a praktyka swoje

Sporo się mówi:
  • o bezpieczeństwie na pierwszym spotkaniu,
  • o zachowaniu zdrowego rozsądku już w dalszych etapach związku,
  • o ostrożności przy doborze partnera do tej wysublimowanej, klimatycznej gry,
  • o tym, żeby się na siłę nie zmuszać, bo jak coś się nie wygina-to się łamie, 
  • o hasłach bezpieczeństwa, 
  • o afterce, która w wielu przypadkach jest tak niesamowicie ważna.

I co? I teoria swoje, a praktyka swoje. Trafiam na coraz więcej wątków poświęconych temu, że klimatyczna społeczność ma znaczenie - że może wspierać, nakierować, podpowiedzieć, wesprzeć. Wyczula na patologiczne zachowania po obu stronach bata, co warto mieć na uwadze. Oczywiście tego nie neguję - bezpośrednie fora czy czaty online naprawdę mają siłę. Dają świetną możliwość poznania osób praktycznie z całego świata - a o podobnych upodobaniach. Stwarzają możliwości przyjaźni, nierzadko też realnych związków. W dodatku w dyskusji można zachować pełną obiektywność, bo na opowiadane historie, czy zadawane pytania można spojrzeć dokładnie z boku, poddając je swojej własnej ocenie. Można je poobracać w dłoni i dobrze poobserwować z każdej strony, dostrzegając zdecydowanie więcej rzeczy.
Największym problemem jest umiejętność wyrażenia swojego zdania - tak, by być jednocześnie szczerym i nikogo nie urazić to sztuka. To, co mnie osobiście czasem irytuje to dyplomatyczność i poprawność polityczna, w zasadzie na konkretne pytanie często pada odpowiedź ogólna, całkowicie pozbawiona cech własnego zdania osoby, która je wypowiada. (Ale to moje osobiste odczucie).
Czasem zdarza się, że w takiej ogólnej dyskusji weryfikuje się zbiorowo zachowania skrajne - a mimo to szczegół zwykle wtedy czuje się zaszczuty i brnie w swoje racje (do czego ma jak najbardziej pełne prawo). Kwestia regulaminu danego miejsca online, co robić kiedy sytuacja powtarza się nagminnie. Bo czasami wpada po prostu osoba której się nudzi, a której celem jest specjalne wywołanie kontrowersji.

Związki klimatyczne oprócz określonych preferencji seksualnych i sensualnych w zasadzie nie różnią się od związków pozbawionych ról i atrybutów. Nie da się poznać człowieka na pierwszym spotkaniu. Można jedynie zawierzyć temu, co zdążył opowiedzieć w rozmowach przed takowym, a i to jest mocno zależne od tego, czy rozmowy były jak najbardziej szczere. Bo w internecie można w sumie być kim się chce, realność natomiast weryfikuje dosyć szybko. 

Osobiście: dla mnie najpierw zawsze jest człowiek i to, jaki jest, dopiero potem jest to, kim jest klimatycznie. Nawet w przypadkach, kiedy klimat to jego własne i nierozerwalne "ja", które takiego człowieka ukształtowało. 

A jak wygląda praktyka... :)


środa, 3 kwietnia 2019

cennik

Jedno z praw rynku mówi, że "towar jest wart tyle, ile ktoś jest w stanie za niego zapłacić". Czasami zdarza się przerost formy nad treścią, ale w sumie, kto bogatemu zabroni. Dla jednych koszulka topowego projektanta to cel w życiu, dla innych - kawał szmaty niewarty choćby jednej setnej jej wartości. Czasami można ugadać się na barter; czasami zrobi się interes życia, a czasami się straci na tyle, że do śmierci nie uda się odkuć. Takie życie

"Każdy ma swoją cenę. Każdy ma swoją wartość, poniżej której nie powinien się sprzedawać."
Michał Głogowski 
     
To działa w obie strony.