piątek, 15 maja 2020

kilka słów o sqirtowaniu

Czym jest, pewnie większość z Was widziała na jakimś filmie przyrodniczym (przesadzonym ciut), lub doświadczyła samemu (idealna sytuacja!). Uogólniając, jest to wytrysk płynu, towarzyszący kobiecie podczas orgazmu. Często nieświadomy, bo kobieta może myśleć że się posikała. Czasem mały, a czasem bardzo obfity. Czasem budzący zawstydzenie, a czasem pożądany. Co najważniejsze, DA SIĘ GO NAUCZYĆ.

"Wydzielanie płynów nie jest tym samym co zwykła kobieca ejakulacja, podczas której z ciała kobiety wydobywa się nieco gęstego, mlecznego płynu. Squirting polega na tym, że płyn jest rzadki, obfity i wydobywa się z kobiecego ciała dosłownie tryskając.
Jego źródłem są gruczoły Skenego. Są one umiejscowione w okolicach kobiecej prostaty. Zadaniem tej części ciała jest zebranie płynów, aby następnie przetransportować je specjalnymi kanałami do pęcherza moczowego." (źródło tu)

Kilka słów ode mnie, z mojej perspektywy. To, co parę lat wstecz brałam za niewydolność pęcherza, okazało się czymś fajnym i pożądanym. Zauważyłam również u siebie pewne ograniczenia, głównie psychiczne. Wiecie, że jestem czyścioch (tym samym wiecie również, że "brudne sesje" to coś, co stanowiło sporą barierę), to samo dotyczyło sesji wymagających sporego sprzątania po. A squirt robił mokrą pościel, więc - nie do przeskoczenia. Na podłodze z kolei nie było problemu, zwłaszcza z małym dywanikiem. Są również określone pozycje w których jest mi łatwiej o mokry finał, na pewno łatwiej jest też z pingwinkiem. Jest to kwestia indywidualnych preferencji. Próbować, nastawiając się na luz w odpowiednim momencie i nie zaciskanie mięśni... A wręcz parcie. Płyn jest jasny i bezwonny, ilość jest naprawdę różna, a obfitość potrafi zaskoczyć.
Praca nad świadomym squirtem zajęła nam około roku, powodując zbliżenia w których jestem pewna że będzie mokro. Warto próbować się tego nauczyć, lub chociaż próbować.


karonagroda

Przepis, jak zwykłe popołudnie zamienić w fajne popołudnie.

Zamówiłam paczkę, z odbiorem własnym w miejscowości B. Tak wyszło, że On akurat tam był, ale powiadomienie o jej przygotowaniu doszło jak już był w trasie. Mistrz nie pozwolił mi na samodzielną wyprawę po odbiór paczki, choć miałam do wyboru różne środki transportu (pociąg, auto). Więc, jako że mieliśmy pojechać razem pomyślałam o  małym "ukaraniu" Go. Czyli o sukience, pończochach i braku majtek, w zamian wkładając kulkę do cipki. Szklana odpadała, bo dość długi łańcuszek był widoczny ;-) Ale że kulek nigdy dość, to wybrałam jedną z krótszym uchwycikiem. 
Oczywiście po drodze wyszło ustalenie że w poniedziałek jest konieczność jazdy do miejscowości, i możemy przełożyć wyjazd, ale jako że już jesteśmy gotowi, to pojedziemy w odwiedziny. 
Dopiero w trasie poinformowałam Go że czegoś mi brakuje, oraz że coś wystaje wiedząc, że możliwości seksualne będzie miał dopiero po powrocie. Tym samym skazując Go na cierpliwość i wytrwałość. 
Żeby nie było, Mistrz uwielbia takie inicjatywy, ja zresztą też - bo uwielbiam ten Jego wzrok pożerania na żywca, ale trzymający żądze na wodzy. Uwielbiam te nasze gry, które prowadzą do wspólnego celu. To również pozwala bez zbędnych ceregieli przejść od razu do rzeczy. Szybko, brutalnie, byleby tylko wzajemnie sobie ulżyć. Nie oparłam się oczywiście paru niepotrzebnym pochyleniom, skłonom czy rozchylaniu nóg. 

Wracając, zahaczyłam się jeszcze o sklep. Kupując bułeczki, oczywiście opakowanie papierowe pękło i musiałam się trochę nagimnastykować żeby je pozbierać. Ogólnie starałam się przemknąć między alejkami, choć kulka skutecznie powodowała świetne nawilżenie, które to z kolei wsiąkało koronkę pończoszą. 

Po powrocie, jedynie zdążyłam ściągnąć kurtkę... A po wszystkim musiałam wyrzucić pończochy, bo nie wytrzymały nacisku Jego palców.