Czym jest, pewnie większość z Was widziała na jakimś filmie przyrodniczym (przesadzonym ciut), lub doświadczyła samemu (idealna sytuacja!). Uogólniając, jest to wytrysk płynu, towarzyszący kobiecie podczas orgazmu. Często nieświadomy, bo kobieta może myśleć że się posikała. Czasem mały, a czasem bardzo obfity. Czasem budzący zawstydzenie, a czasem pożądany. Co najważniejsze, DA SIĘ GO NAUCZYĆ.
Jego źródłem są gruczoły Skenego. Są one umiejscowione w okolicach kobiecej prostaty. Zadaniem tej części ciała jest zebranie płynów, aby następnie przetransportować je specjalnymi kanałami do pęcherza moczowego." (źródło tu)
Kilka słów ode mnie, z mojej perspektywy. To, co parę lat wstecz brałam za niewydolność pęcherza, okazało się czymś fajnym i pożądanym. Zauważyłam również u siebie pewne ograniczenia, głównie psychiczne. Wiecie, że jestem czyścioch (tym samym wiecie również, że "brudne sesje" to coś, co stanowiło sporą barierę), to samo dotyczyło sesji wymagających sporego sprzątania po. A squirt robił mokrą pościel, więc - nie do przeskoczenia. Na podłodze z kolei nie było problemu, zwłaszcza z małym dywanikiem. Są również określone pozycje w których jest mi łatwiej o mokry finał, na pewno łatwiej jest też z pingwinkiem. Jest to kwestia indywidualnych preferencji. Próbować, nastawiając się na luz w odpowiednim momencie i nie zaciskanie mięśni... A wręcz parcie. Płyn jest jasny i bezwonny, ilość jest naprawdę różna, a obfitość potrafi zaskoczyć.
Praca nad świadomym squirtem zajęła nam około roku, powodując zbliżenia w których jestem pewna że będzie mokro. Warto próbować się tego nauczyć, lub chociaż próbować.