wtorek, 30 października 2018

moja fantazja (#11) do zrealizowania

Ponieważ udało się mi służyć jako żywy talerz czasami marzą mi się też inne przedmioty. I pomyślałam, że chciałabym usłyszeć od Mistrza polecenie wykonania dla Niego stołu, lub też samodzielnie wyjść z taką inicjatywą. Albo półki. Albo lampy. Generalnie wszystko to, co krąży wokół fornifilii.


Przykładowa scena:

Wieczór, Mistrz zażywa kąpieli, a ja szybciutko szykuję pokój i siebie. Wyciągam naszykowany wcześniej blat, tacę z kolacją (zrobiłam makaron z krewetkami w serowym sosie) dla Niego oraz kieliszek i białe wino. Do cipki wkładam kulkę na łańcuszku, wciągam pończoszki i szpilki. Kładę to na krześle, a blat na swoje plecy, przyjmując pozycję na prosto. Na czuja stawiam na blat tacę, i zastygam w bezruchu. Nie widzę Jego miny, kiedy wchodzi do pokoju, ale aż po krańce włosów czuję, że jest zaskoczony widokiem. 
Zasiada powoli, słyszę, jak nalewa do kieliszka wina. Jak po chwili stuka w talerz widelcem, jak przeżuwa i połyka, jak przepija. Czuję, jak lekko drga blat pod wpływem naporu Jego łokci. Czuję, jak jedną ręką przesuwa po cipce, zahaczając palcem o łańcuszek. Próbuje podszczypywać pośladki i uda, pociągać coraz mocniej za łańcuszek. Jak rozsmarowuje moje wydzieliny dookoła cipki. 
W pewnym momencie wstał, słyszę, że zabrał talerz, wyszedł, wrócił, nalał wina. Nagle wyciągnął kulkę i z całej siły starałam się nie poruszyć, choć to zwykle jest ciężkie zadanie. Czułam, jak wkłada za to coś innego (kulkowy dildek), a później położył nogi na blacie i włączył telewizor. Jest mi coraz ciężej z powodu sporego ciężaru. Odczuwam to coraz bardziej, moje kolana również, z cipki się leje po udach. Ale to On zadecyduje, jak długo. Mebelki w końcu nie mówią.


niedziela, 28 października 2018

wyjście

Ponieważ mieliśmy okazję w weekend oficjalne wyjście, to wypadałoby się jakoś ogarnąć "do ludzi" ;) W moim wypadku oznaczało to makijaż (ostatni zrobiony ze dwa lata temu), sukienkę i ogólną aparycję. 
Mistrz oczywiście nie ułatwiał i podczas malowania twarzy co rusz rzucał różne (kąśliwe) uwagi, które rozpraszały. Doradził sukienkę, z dwóch zaproponowanych przeze mnie. Wybrał kolor cieni, jakie miałam nałożyć na powieki, w zasadzie trzy najmniej napigmentowane, najdelikatniejsze kolory w całej osiemnastoelementowej paletce. Patrzył na ręce podczas tej czynności, chyba pierwszy raz odkąd jesteśmy ze sobą ogólnie, oceniał moje marne umiejętności. A ja przed lusterkiem stawałam się kimś innym, jak Kopciuszek w bajce. Do tego ułożyłam włosy, włożyłam pończochy z szeroką koronką. Ubrałam prostą, ale zwiewną czarną sukienkę (pensjonarka), czółenka na niewielkim i stabilnym obcasie. 
Nie byliśmy tam zbyt długo, z racji ogólnych okoliczności.
Ponieważ jeszcze na sali wydał polecenie nieprzebierania się po przyjeździe do domu, zastanawiałam się całą drogę powrotną, nad czym On tak rozmyślał i co planował. 
Jak tylko weszliśmy, ściągnął mi sukienkę, więc w samej bieliźnie i pończoszkach biegałam po mieszkaniu szykując wszystko, żeby dzieci bez problemów znalazły się w łóżkach. Ale napięcie seksualne między nami było... namacalne. Jego zapach kusił i zachęcał do łaszenia się o pieszczoty, chociaż otarcie skóry, chociaż jedno spojrzenie. Nalał wina do kieliszków. Kiedy tylko Starsza ucichła, rzuciliśmy się na siebie. Chciałam jak najszybciej poczuć Go w sobie, przy delikatnym tylko odchyleniu rąbka majtek. Zejść, by zrobić Mu dobrze ustami. 
Zaczął odgrywanie sceny, gdzie On - Klient, przypomina że ja, ekskluzywna kurwa, jest w pracy. Więc zrobiłam striptease, ostatecznie zostałam w samych pończoszkach. Pomoczyłam winem palcem swoje sutki i spiłam ustami spływające krople. Robiłam Mu dobrze oralnie najlepiej jak umiałam. Kręciłam się na Jego nodze jak fryga. Masowałam Jego jądra z całą czułością i ostrożnością, jaką powinnam. Siadałam na Niego i robiłam sobie Nim dobrze; On natomiast sączył wino i obserwował, od czasu do czasu wtrącając uwagi. Był moim centrum, moim Klientem - priorytetem więc trzeba było Go zadowolić. 

Udana scena. I naprawdę pyszne (choć nieco słabe) wino truskawkowe ;) 💃💃


nie umiemy w bedeesemy.

Pozwolę sobie dzisiaj nieco ulać.
Powoli, bardzo powoli dochodzimy do wniosku, że nie umielibyśmy się odnaleźć w jakiejkolwiek innej jak ta relacji. Jesteśmy z jakiejś innej planety...
Przyjęłam do wiadomości kilka zasad podstawowych. Dodałam do tego kilka ogólnych z bycia człowiekiem. Wyszło coś, w czym występuje partnerstwo, szacunek, świadomość, szczerość, zrozumienie. Gdzie On, podczas deptania mnie, obszczywania, czy bicia, dalej zachowuje do mnie faktyczny szacunek. Gotowy przerwać daną czynność w każdej chwili. Czy to seans, czy to kara. Czy to czyni Go moim Panem? Tak, bo ciągle ma mnie w posiadaniu. W jakimkolwiek momencie czuję Jego opiekę, czujny wzrok, Jego siłę psychiczną. W dowolnym momencie dostanie ode mnie wszystko, czego zachce. Ja otrzymuję w zamian wsparcie, nie tylko jako Pan, ale także jako Partner. Mimo hierarchii, nie boję się szczerze powiedzieć Mu w twarz, że jest chujem bez serca. Że czasem mam go dość, że może się odpierdolić. On również nie pozostaje mi dłużny i odpowiada szczerością, na bieżąco mówi to, co myśli i co zwraca Jego uwagę. Nie dostałam (i sądzę, że dostanę) za to kar.
Kiedy mam dzień, w którym rzucam mięsem, On nie bierze mnie na poważnie. Zresztą, ja sama siebie wtedy nie biorę, ale przepraszam Go i tak - robiłam to również zanim weszliśmy w relację.
Dlatego jest tak wiele rzeczy, których nie rozumiem - i chyba nawet nie mam zamiaru udawać, że się staram zrozumieć. Dotyczących zarówno klimatu bdsm, jak i człowieczeństwa wynikającego z tych specyficznych potrzeb. Ale co do człowieczeństwa, każdy ma swoją moralność i nie ma co się nad tym pochylać. Nie mam prawa osądzać nikogo, natomiast jak zawsze mam prawo do oceny ogólnej. I zwyczajnie nie chcę się bawić w poprawność polityczną, bo jeśli opinia ogólna zostaje wzięta za ocenę indywidualną, to pozostaje mi żałować braku dystansu urażonej tą oceną strony. Są rzeczy, które mi się nie podobają, które przeżywam bardzo, zwłaszcza jeśli dotyczą bliskich mi osób.
Wiem, świata nie zbawię - i nie zamierzam. Bo wszyscy jesteśmy dorosłymi ludźmi, podejmującymi swoje własne decyzje - i całkowicie ponosząc indywidualnie konsekwencje owych. 
Ale my wszyscy również jesteśmy hipokrytami. W większym lub mniejszym stopniu, ale jesteśmy. Czasami jesteśmy też tchórzami, czasami egoistami. Czasami mamy dystans do siebie, czasami nie. Żyjemy, myślimy, odczuwamy, popełniamy błędy.

Więc, kiedy czytam o: akceptowaniu patologii klimatycznych, o godzeniu się na wszystko żeby tylko zostać przygarniętym (często przez osobę, która na to nie zasługuje), o braku szczerości w relacji, o łamaniu zasad przez Właścicieli (kosztem uległych oczywiście), o zmuszaniu się do wykonania poleceń ze strachu, o braku szacunku obu stron, o bzdurnym tłumaczeniu egoizmu, o wykorzystywaniu niewiedzy uległych w relacji - to stwierdzam, że nie umiem w bedeesemy. I chyba nie chcę w takie umieć. 
Ale... Świata nie zbawię.

piątek, 26 października 2018

uprawa wanilii

[Wpis z przymrużeniem oka]

Zróbmy coś szalonego, pokochajmy się bez udziwnień, waniliowo, tak jak kiedyś! Powoli, bez siły, porozmawiajmy podczas kołysania się. Urozmaicenie od czasu do czasu nie jest złe, prawda?

Tak, ja też się uśmiechnęłam  ;)


Wszystko było fajnie, do momentu w którym z chyba już odruchu czekałam na Niego w pozycji na ziemi. On nie zwrócił uwagi na to, że w końcu dzisiaj miała być wanilia! Że po cholerę klęczę na tej zimnej podłodze, zamiast leżeć na łóżku i w pełnej krasie pokazać się w tym ślicznym body, rozkładając kusząco nogi? Pończochy również nie chciały współpracować, bo najpierw zrolowała się jedna, potem druga. No i nie powinien był ciągnąć za sutki w taki sadystyczny sposób, oraz wbijać swoich paznokci w moje ciało. Nie powinien był również rżnąć mnie swoimi palcami w ten sposób. Nie tak ostro! Nie powinnam była dochodzić w taki bezpruderyjny sposób kiedy kończył masować mi łechtaczkę. Ale i tak w trakcie tego aktu udało się zwolnić, popatrzeć na siebie. Tak zwyczajnie się sobą nacieszyć bez pośpiechu. Bez siły. Z czułością. Pomimo Jego odruchowego (i w sumie standardowego) zawłaszczenia....
I tak było fajnie ;)

Nie da się powiedzieć, że "kochajmy się waniliowo" - to powinno wyjść samo z siebie. Samo postanowienie to nie wszystko, bo nastroje jedno, chwila - drugie, a ostatecznie i tak wychodzi zupełnie coś innego, bo "tak wyszło".






czwartek, 25 października 2018

scenki


Mam wredny dzień - warczę na Niego co chwila, w końcu przy rozmowie zwyczajnie jestem złośliwa - czyli odpowiadam w taki sposób, w jaki najbardziej nie cierpi. W tej jednej sekundzie On się podnosi z krzesła, ostatnie co widzę to jak napina się cały. Chwyta za włosy i z całej siły ciągnie do ziemi, uderzając moim czołem o podłogę. W tej pozycji drugą ręką wymierza mi takie uderzenie w tyłek, że mam wrażenie, jak mózg wypływa mi nosem. Ból odrętwia nogę i zwykle stronę ciała, po której padło uderzenie. Przez moją głowę przelatuje setka myśli: wstać i wyjść, zacząć na Niego krzyczeć, bić go, kazać Mu się odpierdolić raz a dobrze. W takim momencie mam zwyczajnie dość, apogeum następuje w momencie, w którym każe się podnieść i popatrzeć na siebie. Jestem wkurwiona na siebie, że Go słucham. Więc patrzę w Jego oczy i widzę smutek, troskę, zdenerwowanie, ciekawość. I cała złość, całe to coś, co napędzało od rana na negatywy wyparowało. W sekundę. Przytulam głowę do Jego nogi i jest mi autentycznie głupio, i wstyd. Wiem, że On to rozumie, że wie, co odczuwam i jest to wystarczająca kara, bo czuję się jak gónwo. Jak niedojrzały gówniarz. Tyłek dopiero teraz przestał piec, ale On głaszcze mnie po głowie, po udzie, uspokaja tym swoim spokojnym, miarowym głosem. Zaczynam płakać, ale z zupełnie innego powodu jak na początku.


Po ostatniej fizyczności powstały znaczki. Widziałam, że przygląda się dokładnie każdemu z nich, zwłaszcza jednemu - tam, gdzie zrobiło się rozcięcie, a skóra napuchła jak po użądleniu. Nie było dużo uderzeń, jednak były one najmocniejsze, jakie zrobił dotychczas. Kazał mi podejść do lustra, żebym oceniła, ale... Czerwone pręgi, czerwone plamy, podrażniona skóra. Oboje już wiemy, że znaczki zostaną co najmniej kilka dni. Nie fascynują mnie, podchodzę do nich wysoce neutralnie. Zgodnie oboje stwierdziliśmy, że przez mieszkanie wspólne i codzienne widzenie się, nie mamy potrzeby naznaczać w ten sposób ciała. Ale gdyby to były spotkania?... To najprawdopodobniej dążyłby częściej do takich.
Bo to coś, co można nosić z dumą. Przywołuje wspomnienia jak nic innego, zwłaszcza kiedy pobolewa. Każdego dnia można obserwować, w jaki sposób znaczek się zmienia, jak powoli zmienia barwy - a potem blednie pod wpływem czasu (i odpowiednich maści). Jest jeden plus tamtej sceny - coś odkryliśmy i dzięki temu czegoś się nauczyliśmy. 


Sprzątam, muszę się po coś schylić dość nisko, pozbierać. Okazja dla Niego do:
a) klapsa
b) szybkiego numerku
c) skorzystania z podnóżka
d) zrobienia krzesełka
Gratisowo TEN uśmieszek.


poniedziałek, 22 października 2018

potrzeby wspólne

Czuję że mam dzisiaj mocny dzień, a Mistrz jest wyjątkowo pociągający fizycznie. Więc zaczęłam się łasić - żeby dał chociaż jeden, ale mocny klaps. Drugi... Mało co poczułam.
To jest nowe dla mnie, ale czasem odczuwam potrzebę takiej dobrej, mocniejszej chłosty. To nie jest stałe.. Ale dzisiaj... Poprosiłam Go o to. Chcę, żeby piekła mnie skóra, żeby była czerwona i gorąca, a później chcę zostać zwyczajnie zerżnięta. Chcę móc się tak zwyczajnie rozpłakać, a później mocno wtulić w Jego lekko spoconą od wysiłku skórę, przykleić się do Niego.
Dzisiaj jestem nieco samolubna, ale nie pozwoliłabym sobie na to, gdyby On tego nie chciał.

Dzisiaj chcę fizyczności. 

wątpliwości

Czy nasza relacja to wciąż zwyczajne Pan / uległa? Czy jestem dla Niego dobra? Czy spełniam Jego potrzeby w całości? Czy nie ograniczam Go w żaden sposób? Czy sesje nie są za rzadko? Czy to właściwe, że czasem to ja decyduję o czasie? Czy bardzo się denerwuje, kiedy musi ciągle korygować jeden i ten sam błąd? Czy sprawia Mu to przyjemność? Czy Jego również bolą kary? Czy idziemy w dobrą stronę? Czy to dobrze, że czasem odpuszczamy? Czy jest zły, kiedy podrzucam Mu nowe pomysły? Czy lubi, kiedy ubieram coś ładnego? Czy to źle, że chcę Go coraz bardziej i bardziej? Czy nie odczuwa za bardzo mojej zaborczości? Czy nie daję Mu powodów do zdenerwowania? 

Głowa mi czasami huczy, ale szybko odnajduję spokój w Jego ramionach lub pod Jego dotykiem. Ja oczywiście znam realne odpowiedzi na moje pytania, czasem jednak wałkujemy je przy moich gorszych dniach. Czasami ja nie mówię nic, natomiast On mówi to, co chcę usłyszeć. To z kolei stawia do pionu. 
Na początku tej drogi byłam pełna wątpliwości tego typu. Próbowałam być kimś, kim nie jestem. Dopiero z czasem uporządkowałam to, co faktycznie chcę od tego, co może wypada? Za niedługo minie dwa lata, a ja ciągle chcę więcej, ciągle mam niedosyt. I ciągle od siebie i od Niego wymagam, tak jak On ode mnie i od siebie. To jest tak po prostu nasze.

czwartek, 18 października 2018

teoria

Moje (jak zawsze) luźne rozkminy.

Dzisiaj mam dołek emocjonalny, więc przynudzę... I w sumie też po wczorajszej rozmowie wypłynęły myśli o istocie uległości. Co tak naprawdę sprawia, że jedni są ulegli, a inni nie? 
Dla mnie, to trochę jak z lubieniem / nielubieniem danego warzywa, owocu czy koloru. Preferencje oczywiście zmieniają się wraz z wiekiem, choć są i tacy, co odkąd pamiętają trzymają się ściśle określonych wytycznych. Jeszcze inni reagują alergią, ale tą grupę zostawiam póki co w spokoju. 
Myślę, że stronę uległą można podzielić na trzy typy: jedni z wyboru, drudzy z potrzeby, trzeci komercyjny. Jedna grupa od zawsze  poszukuje tego typu relacji i spełnienia się w tym kierunku. Druga grupa dostosowuje się do danego partnera - a później okazuje się, że inaczej już nie potrafi. Grupa trzecia nie wymaga rozwinięcia. Mamy wspólne mianowniki pomiędzy tymi dwoma grupami, ale jak zawsze indywidualne, jednostkowe podejście do każdego z tych przypadków.
Tak samo ze stwierdzeniem, że uległa strona często miała przykre zdarzenie z przeszłości. Coś w tym jest, choć rozwijając temat, wszyscy ludzie mogliby tak stwierdzić, że mają jakieś przeżycie za sobą. Kobiety jednak podchodzą do tego bardziej emocjonalnie, mężczyźni... Albo dają sobie z tym radę, albo nie. Jako strona uległa, poszukuje się indywidualnie danych cech u przyszłego Dominującego. Jedni szukają tylko fizyczności, inni opieki, jeszcze inni chcą być dla kogoś. Jedno jest pewne - nie można być całkowicie szczęśliwym w żadnej relacji, w żadnym związku, jeśli nie zrobiło się porządku z samym sobą. Introspekcja jest trudna, ale niesamowicie warta każdego włożonego w to wysiłku. Bo żeby Pan dobrze poznał stronę uległą, ona sama musi w tym pomóc i umieć Go nakierować. Nie zrobi tego, jeśli nie będzie wiedziała, czego oczekuje.
Jest jeszcze jedna rzecz - każdy dobry układ powinno zaczynać się od przyjaźni. Nie ma szans na dogadanie się podczas seansu, jeśli nie ma więzi przy zwykłej rozmowie. Nie ma sensu na siłę podciągać rozmowy, jeśli ta się nie układa.

karne zadanie

Za roztargnienie wczoraj miałam chodzić w kolczatce, dopóki Mistrz nie wróci z pracy. Dodatkowo co godzinę miałam wysyłać zdjęcia jako dowód. Upierdliwe to zadanie. Ale nie miało być miło i przyjemnie, więc jak tylko wyszedł, założyłam te metalowe kolce na siebie. Pierwsze dwie godziny i dwa zdjęcia w porządku, bez niczego, przy trzecim zaczęłam wspominać seans na stole. Przez to samonakręcanie, każde kolejne zdjęcie było męczarnią w sensie chcicy, że gdyby On był obok - to zwyczajnie rzuciłabym się na Niego. Tak, musiałam czekać na Jego powrót, szykując po określonej godzinie kolczatkę i smycz na szafce. Tyle, że jak już przyszedł, to musiał wyjść, potem ja musiałam wyjść, więc złapaliśmy swoje pocałunki w locie. Byle do wieczora, byle do wieczora...

środa, 17 października 2018

taniec na stole

Motywem przewodnim seansu był stół.

Oboje potrzebowaliśmy długiego, konkretnego seansu...
Zaczęło się od nałożenia kolczatki (kolcami od ciała), oraz smyczy. Mistrz poczekał, aż dokończę zaczętą sprawę, jednak naciągnął smyczkę na tyle, że lekko mnie podduszał.  Wstał, ja również, zaciągnął mnie do łazienki. W trakcie jednak wyszło, że nie zrobiłam jeszcze jednej rzeczy i odesłał mnie do jej wykonania (dostałam za to karę, że musieliśmy przerwać przeze mnie). Więc dokończyłam, a czas pozostały na oczekiwanie aż On skończy, spędziłam czekając w pozycji pod lustrem. 
Przyszedł, rozsiadł się naprzeciwko stołu, nakazał zrobić pokaz zachęcający Go. Więc poudawałam nieco kotkę, ocierając się o nogi stołu, wyślizgując się, wypinając się, zachęcając do skorzystania. Weszłam na stół, rozsiadłam się przed Nim, zaczęłam zabawę swoją cipką, oraz tyłkiem - do cipki ładując coraz więcej palców. W pewnym momencie mi przerwał, nakazując włożyć korek na Jego oczach. Tą puchatą kuleczkę... Poszłam po żel, po ten korek, wsunęłam go gładko w siebie pod Jego okiem. 
On wstał, przerzucił mnie przez stół, uderzył ręką parę razy w pośladki, potem sięgnął po głaskacza. Padło tyle razy, że zaczęły mi łzy kapać z oczu, więc zmniejszył siłę, dokończył i dał mi chwilę przerwy zanim sięgnął po trzepak. Kiedy skończył, zaprowadził mnie pod lustro, pokazać mi siebie samą... Zapłakaną, z wypiekami na twarzy, kazał zarzucić sobie ręce na szyję - stojąc do Niego tyłem, musiałam się wyciagnąć, żeby sięgnąć... A później wytrzymać tyle, ile mówi, mimo ogromnego dyskomfortu fizycznego. Kolejne ciepło, które rozeszło się po ciele kiedy wszedł ... Pokołysał się przez chwilę i nakazał położyć się na stole na plecach. Stół jest dość mały, więc głowa mi nieco spadła w dół - na idealną wysokość Jego penisa, którego teraz wepchnął mi po same jądra.
Głębokie gardło w tym ułożeniu jest niesamowite, zapewne nie tylko dla mężczyzny. Podniecałam się, On znowu wchodził powoli, dając mi czas na złapanie oddechu. Bawił się moją cipką, kiedy ja zaczynałam Go pochłaniać coraz głębiej i głębiej... Aż znowu wszedł we mnie, trzymając mnie za sutki. Wyjął korek, wszedł, kazał dojść.... Więc doszłam. 
Na tyle się rozluźniłam, że po kolejnej sesji z rżnięciem, zwyczajnie się spuściłam na Niego, na stół, na podłogę. Zmusił mnie do stania w tej kałuży jeszcze przez jakiś czas, dopóki nie zmieniliśmy pozycji. Więc znów wylądowałam na plecach, z szklanym dildkiem w cipce, oraz Jego penisem w tyłku i nakazem dojścia kolejny raz. Po tym miałam chwilę przerwy.
Jak wróciłam do pokoju, to stół stał idealnie naprzeciw lustra a wanda była wpięta do kontaktu... Kazał położyć się na plecach na stole, niczym lekarz, podszedł z boku jak do pacjenta, uruchamiając wibracje na najwyższe obroty. Nie miałam szans, doszłam głośno, gwałtownie, On wyrwał mi ten orgazm z ciała, przedłużając go. Szybko zmusił do dojścia po raz drugi, choć sądziłam że nie miałam siły. Nie ja o tym decydowałam. Poddałam się.
Jakimś cudem wykonałam polecenie zejścia ze stołu, położenia się na łóżku. Zarejestrowałam, że mówi do mnie, że wie że już mam dość, ale jeszcze trochę, że teraz może robić co chce (jakby cały ten czas tego nie robił), uruchamiając wandę po raz trzeci. 

Wypadłam z toru. Zacisnęłam się tak mocno podczas orgazmu, że zabolał mnie mózg i ciało. Bezwiednie chwyciłam swoją szczękę dłońmi bo czułam, że albo mi się na wieki zaciśnie, albo opadnie. Pojawiła się zielona plamka, która znikła, jak wstałam ok 10 minut później. Łzy w sumie same pociekły, miałam wrażenie, że patrzę na tą scenę z boku i jest w cholerę dziwna. On... Również odleciał. Spiął się, żeby utrzymać się na tej fali, niestety przegrał z moimi mięśniami. ja sama z nimi przegrałam. Czułam jak coś ze mnie cieknie, jak On cieknie, jak bije od Niego żar. Miliony myśli między nami. Nieład dookoła. Kałuża na podłodze. On, roztopiony. Ja zmarznięta, wypompowana z sił. Jaskrawe światło. Ból miednicy i ramion. 
Jak już się otrząsnęłam, to Mistrz "przytulił" mnie twarzą do tego, co zostawiłam na podłodze. Idealne upodlenie na sam koniec. 







poniedziałek, 15 października 2018

są takie dni

Zastosowanie praktyczne relacji w życiu codziennym, z przymrużeniem oka:

Czasem dopada mnie takie napięcie przedmiesiączkowe, że współczuję (tak, współczuję) Mistrzowi, że musi się ze mną użerać. Ja sama ze sobą wytrzymać nie mogę i mam ochotę się wysłać na księżyc. W takich dniach mój nastrój jeździ sobie w najlepsze na rollercoasterze, a ja mam ochotę lać się po mordzie naprzemiennie z samotuleniem z poduszką. On natomiast zachowuje stoicki spokój - i jeśli jakimś cudem podniesie Mu się ciśnienie, to zaraz robi tą swoją dobrotliwą minę (która mnie naprzemian wkurwia i rozczula), i podchodzi przytulić, tudzież rzuci jakiś kąśliwy żart, który albo doprowadza mnie do śmiechu, albo do płaczu. Ale jest Mistrzem również dlatego, że idealnie dostosowuje swoje zachowanie do danego nastroju. Potrafi mnie jeszcze bardziej wkurwić tylko po to, żebym pękła, żeby to wszystko się wylało. Ale Wczoraj było takie apogeum, że mi wstyd za to.

Jednym z moich zadań jest co miesiąc panować nad sobą i nauczyć się spuszczać to powietrze z siebie w sposób kontrolowany. Zauważyłam jednak, że ilość miesięcy się wydłuża pomiędzy takimi atakami. Ze dwa lata temu rzucałam się jak kobra co miesiąc. Potem dostałam zadanie, i syczałam co dwa miesiące. Potem co trzy. A teraz taką hardkorę ostatnio miałam w chyba czerwcu. Chyba, bo nawet nie pamiętam. 
Praca nad tym, spowodowana motywacją (pochwałą) i pomocą Mistrza powoli odnosi sukces. Ale i tak mi wstyd za każdym takim razem kiedy zaczynam się rzucać, bo mam wrażenie, że znowu poddałam, a to już są takie momenty, że nad tym nie panuję. On jednak wtedy mi zwraca uwagę, że tak tego nie traktuje. 



A planowany wczoraj seans na stole przeszedł mi koło nosa :<




sobota, 13 października 2018

spotkanie

Mieliśmy bardzo fajne spotkanie w ten weekend, połączone z pysznym winem. Dziewczyny klimatyczne, wiec można było bez żenady i rumieńców rozmawiać o dosłownie wszystkim, wymienić się uwagami i poradami, oraz zrobić prezentację tego czy tamtego. Było niesamowicie naturalnie. Luźno. Sympatycznie. I intymnie :)
Jest jedna rzecz, której trochę żałuję, ale z powodu wypitych kieliszków zarówno ja, jak i Mistrz odmówiliśmy. Chodzi o orgazm, który miałabym osiągnąć przy nich, jako widzach. Kwestia fizjologii, mogłabym dochodzić długo za długo i stresować się tym niedojściem jeszcze bardziej, co jeszcze bardziej by wszystko wydłużyło. Być może na trzeźwo, jeśli zdarzy się okazja do zrealizowania tego pragnienia, tym bardziej jeśli byłoby to zadaniem do wykonania... To czemu nie. Wyzwanie... Jak sobie pomyślę tak na chłodno, to jest to wręcz podniecające. Póki co zostajemy jak zawsze, własnymi współwidzami w tym dwuosobowym teatrze ;)





czwartek, 11 października 2018

alegoria o broszce w kształcie pszczoły


Nie tak dawno temu, na obrzeżach większego miasta istniał pewien osobliwy, nieco zakurzony sklepik pełen cieszących oko drobiazgów. Ów przybytek prowadzony był przez charakterystycznego jegomościa w okularach, nie rozstającego się z nieco wyblakniętą bandaną na ręku, oraz łańcuszkiem przy kieszeni spodni. W oknie sklepiku cały rok była ta sama wystawa, sam sklepik zaś nie podejmował żadnych prób reklamy, poza powieszeniem przy drzwiach małej tabliczki z jego nazwą. 
"Drobiazgi u Maurycego" - głosiły litery, klienci natomiast krążyli od otwarcia, do zamknięcia, czasem nawet koczowali pod zamkniętymi na dwie czerwone kłódki drzwiami.
Właściciel prowadził biznes na zasadzie komisu - można było w sklepie sprzedać coś, kupić coś, wymienić coś. Istniała jednak pewna zasada: trzeba było znać cenę - i mieć odpowiednią walutę. A było tam wszystko, czego tylko dusza zapragnie, również nieco bardziej osobliwe przedmioty, w stylu misterne broszki; zapakowane w stare i nieco zżółknięte kartoniki, ułożone alfabetycznie w szafce z szybką. Klienci przechodzili obok tej witryny nieco obojętnie, odwracając wzrok. Dawno już pozbyli się tego typu rzeczy ze swoich domów, a ten jegomość trzyma to tak, na widoku. W dodatku w centralnej części sklepu. Zdecydowanie woleli zupełnie inne, prostsze rzeczy, stąd nie brakowało sprzedających broszki za bezcen właścicielowi sklepu.
Któregoś dnia próg przekroczyła kobieta w szarym płaszczu. Z wyglądu przeciętna; na tyle - że mijając ją na ulicy, w pierwszym odruchu można by jej nie zauważyć. Ona jednak zdawała się być niesamowicie pewna siebie, nosząc wysoko głowę i omiatając otoczenie bystrym spojrzeniem. Jej zielone oczy powoli przesuwały się po wszystkim, co było dostępne w "Drobiazgach", jednak prawdziwe zainteresowanie okazała zatrzymując się na witrynie z kartonikami. Bezwiednie krążyła dłońmi po szybie, jakby chciała ją pogłaskać, szczególnie jedna broszka wpadła jej w oko. Gdzieś za jej plecami wyrósł właściciel, jednak nie podszedł bliżej. I ona, i on wiedzieli wszakże, czym tak naprawdę były te broszki, i że decyzja kobiety o ich kupnie została już dawno podjęta.
- Tak długo jej szukałam...
- Życzy sobie pani ją zapakować?
- Poproszę.
Kobieta wzięła szary kartonik, podarowała właścicielowi jedną ze swoich łez i wyszła ze sklepu. Idąc, miała wrażenie, że z każdym krokiem idzie coraz lżej i coraz bardziej sprężyście, jakby zaraz miała odlecieć. Miasto nagle wydało się bardziej nasycone barwami pomimo szarości i nieba skąpanego w ciężkich chmurach. Nawet droga do domu - choć przez nieciekawe dzielnice, teraz minęła szybko i bez zaczepek podchmielonych miłośników tanich, ale procentowych trunków.
Kobieta cicho przekręciła klucz w zamku i przekroczyła próg mieszkania. Kopnięciem odrzuciła buty na bok, strąciła płaszcz z pleców; ten z cichym szelestem zbił się w kulkę na podłodze. Wskoczyła na łóżko, w dłoni trzymając szary kartonik jak skarb. Tylko słyszała w opowieściach o niezwykłej broszce w kształcie pszczoły - nie do pomylenia z żadna inną, bardziej pospolitą broszką o tym kształcie. Ta, zakupiona dzięki łzie, wyglądała jak żywa - jakby ktoś próbował stworzyć metalową pszczołę. Jej skrzydełka połyskiwały w świetle, odbijając wpatrzone w nią zielone oczy kobiety. Odnóża z delikatnymi, metalowymi włoskami, wraz ze złotym pyłkiem. Choć była z tak twardego materiału, wyglądała na miękką - kobieta odruchowo przejechała po wierzchu palcem i ukłuła się. Pomyślała wtedy o wszystkich poprzednich broszkach na jakie się natknęła. Zarówno samodzielnie poszukując, jak i z polecenia znajomych, mniej lub bardziej trafione prezenty, albo sztuki kupowane bez przemyślenia czy w pośpiechu.
- Jest piękna i tak. - pomyślała, ssąc ukłuty palec.
Kobieta wyłuskała się do reszty z ubrań - naga, podeszła do lustra i zapięła metalowego owada na skórze tuż pod obojczykiem. Wyglądało więc, jakby usiadł nieco powyżej jej piersi, spijając nektar jej krwi. Kobieta teraz poczuła się kompletna. Zamknęła oczy, położyła się na plecach na podłodze. Miała wrażenie, że broszka żyje, że czuje delikatne pulsowanie przy swoim sercu. Było jej ciepło, choć podłoga taka nie była. Zasnęła mimo niewygody, pogrążając się we śnie tak realistycznym, jakby wszystko zdarzyło się naprawdę.
Śniła o tym, że nie przejmuje się niczym. Robi to, co pragnie, jakby jutra miało nie być, oddaje się całkowicie samej sobie. Jest sobą, nikim innym. Spadły wszystkie maski, wszystkie płaszcze jakie zwykła nosić. Nie chciała się budzić - nigdy nie czuła się lepiej. Wirowała i wirowała, aż całkowicie zniknęła.


Znaleziono ją martwą po paru dniach - zaniepokojony pies sąsiadki nie chciał odejść od drzwi mieszkania kobiety, drapiąc i szczekając. Wezwano służby, wyważono drzwi. Na środku pokoju leżało ciało młodej, dwudziestokilkuletniej kobiety. Trzymała się ona kurczowo za serce, jej twarz jednak zastygła w łagodnym i błogim wyrazie. Sekcja zwłok wykazała, że zmarła ona na zawał, małe śledztwo - że zostawiła męża (separacja) i córkę. Pogrzeb był skromny, wśród gości jednak dało się zauważyć właściciela "Drobiazgów". W brustaszy jego marynarki tkwiła przypięta piękna broszka, misternie wykonana pszczoła.
Kolejna do kolekcji jego broszek.



 [zadanie]


list

Pozwolisz, że podsumuję naszą ostatnią rozmowę?

Pierwsza ściana, za którą się schowałam pojawiła się wraz z pierwszą karą. Była ona postanowieniem niepopełnienia tego błędu w przyszłości. Z każdą kolejną karą lub rozmową wychowawczą, zaczął powstawać labirynt stworzony z takich ścian, gdzie brałam sobie naukę do siebie, starając się jeszcze bardziej i śrubując siebie samą na Twoją rzecz. W końcu jakby nie było, Twoje szczęście i spełnienie twoich potrzeb jest dla mnie priorytetem. A że kierunek patrzenia mamy ten sam, to motywowało jeszcze bardziej do tego, by kar nie otrzymywać i robić wszystko, byś był jak najbardziej zadowolony. Do przewidzenia było, że w końcu utknę gdzieś pośrodku i nie będę potrafiła wyjść.
Bo oto się okazało, że Ty... Nie jesteś zadowolony z efektu jaki osiągnąłeś, a ja jestem nieszczęśliwa z tego powodu. Uważasz, że poświęciłam się za bardzo, zapominając o sobie. Paradoks... Wszystko co robię, robię wpierw z myślą o Tobie. Oczywistym jest, że są rzeczy które mi się nie podobają, ufam Ci jednak na tyle że wiem, że są one konieczne. Zaakceptowałam to, przez co byłam w zgodzie z samą sobą. Oswajałam je (i dalej mam zamiar to robić), natomiast te nieodpowiednie wyrzucałam, podając Ci argumenty, dlaczego. Jesteś mądrym człowiekiem. Masz w końcu to samo, tyle że w stosunku do mnie, i tak się uzupełniamy, wspierając się wzajemnie.
Ja chyba jednak chciałam.. bardziej?
Być może miałeś rację mówiąc, że bywały momenty gdzie bywałam kimś, kim nie jestem, dostosowując się w pełni, po drodze gubiąc swoje własne, wewnętrzne potrzeby. Mimo tej "ofiary" uważam, że było to konieczne, żeby móc dobrze Ci służyć, być bezgranicznie posłuszną, poddaną. Jednak wiemy oboje, że Ty również zrobiłeś błąd, który musimy naprawić.
Teraz jest moment na zburzenie ścian i wyjście z labiryntu, a Ty podasz rękę żeby w tym pomóc. Moją rolą tym razem jest z tej pomocy skorzystać, a raczej... Umieć skorzystać bez wyrzutów sumienia, że nie byłam samodzielna. Bo w końcu po to mam Ciebie.


SOMETHING IN MY HEART





wtorek, 9 października 2018

nauka pływania

To jest jeden z moich... hmm, fetyszy. Podtapianie, przyduszanie wodą. Zmuszanie do przytrzymania oddechu. Granice, po których szuka się choćby najmniejszej cząstki powietrza, spontanicznie reagując ciałem. Woda, która sprawia, że wszystko szumi. Nurkowanie przymusowe. 

I Mistrz nagle postanowił postawić kolejny krok dalej w tym kierunku... Tyle że zaczął od czegoś, co uznałam za karę i z automatu się wystraszyłam (mam jedno ze stałych zadań, którego nie dopilnowałam - ale za które jest zupełnie inny typ ukarania). Za włosy nachylił mnie nad wanną i puścił wodę. Później znowu. I znowu. Przyjemność mieszała się ze strachem, woda wdzierająca się do nosa skutecznie podrażniała gardło. Kolorowe kółka przed oczami, szum w uszach. Zimno. 
Mówię Mu, że zimno, na co odpowiedział, żebym nie liczyła na nic innego. Jednak w momencie w którym na siebie spojrzeliśmy, On zadecydował, że to za dużo. Że pomimo tego że widzi, że ufam, to jednak za dużo strachu i przez to nie czuję tego tak, jak On chce. Więc od razu wyjaśniłam - że pomyślałam, że to ukaranie, stąd niepokój. Jak to roznieśliśmy na części pierwsze, to kolejne próby dały zupełnie inne efekty. Za tamto zadanie jest inna kara, ale zwyczajnie wzięłam pod uwagę widzimisię Mistrza.

Znamy ryzyko. On, wykonując, musi obserwować bardziej jak zawsze, co oznacza że oboje skupiamy się na mnie. Wiem też, że do tego seansu potrzebuję mieć siłę i nastawienie. Z zaskoczenia efekty są mierne. Jednak.... Po tym spotkaniu wiem, że chciałabym więcej. 







poniedziałek, 8 października 2018

skojarzenia

Wczoraj przyszło mi pakować dość sporą paczkę. Pomijając zawartość, żeby ją dobrze zabezpieczyć, okleiłam pudełko taśmą, a potem streczem. TYM  naszym, czarnym streczem. Kolejne owinięcia przypominały mi, jak Mistrz owijał moje ciało kolejnymi warstwami, aż do mocnego ograniczenia oddechu. Do utraty możliwości ruchów, całkowicie zdana na Niego. Czasem przychodzą mi do głowy takie myśli (po zwinieciu), że przecież On może teraz mnie zapakować na auto i gdzieś wywieźć, albo wyrzucić na balkon i zamknąć drzwi. Wiem jednak, że tego nie zrobi. Zaufanie.... To dobra rzecz. Nie muszę Mu mówić nic, bo On wie. I widzi. 
A mnie się zamarzył seans ze streczem. :)






sobota, 6 października 2018

wspomnienie. #5 wakacje

Wpis z przymrużeniem oka, bardziej w kategorii anegdotki ;)


Podchodzę do Mistrza, trzymając fragment galaretki cytrynowej.
- M. chcesz galaretki może? I tu trzęsę tym kawałkiem przed Jego oczami.
- No ok, chcę.
- A może bitej śmietany do tego? 
- Wolałbym bitą śmietanę gdzie indziej. :)
Jednocześnie użyliśmy przekleństwa co znaczy pani, co ma krocze robocze. I jednocześnie przyszło nam to samo do głowy.
- Wakacje w Świnoujściu.
- Wakacje w Świnoujściu.


To było dawno temu, w sumie wakacje w typie: było, minęło. Wszędzie daleko - do centrum miasta daleko, do granicy kawał, do promenady z pół godziny, komary cięły ostro. Ale za to pokój w cenie idealnej na szkolną kieszeń, w dodatku w łazience była wanna. Pomijając wszelkie typowe popierdółki dla takich wyjazdów, chcę skupić się na tej nieszczęsnej bitej śmietanie, którą Mistrz uwielbiał, a którą serwowano na gofrach w ilościach sporych. 
Poszliśmy po idealną śmietanę do naszych niemieckich sąsiadów, kupując opakowanie po 1 euro. Kupiliśmy również paręnaście innych rzeczy, w tym procentowych, ale nieistotnych dla wpisu; chodzi mi tylko o to że nie dybaliśmy te około 3 kilometrów po jedną śmietanę ☺️. Bo mojemu Mistrzowi, a wówczas chłopakowi zamarzyły się degustacje wyżej wymienionej z mojego kobiecego, rozgrzanego ciała.
Więc gra wstępna wieczorem zapowiadała się nieźle, dopóki nie wziął tej cholernej puszki. Piersi niczym babeczki, łechtaczka była zaś ukrytą wisieńką pod śmietankową pierzynką. M. zjadał tą śmietankę w sposób, jakiego już nigdy później nie powtórzył. A szkoda, bo było naprawdę wspaniale, dopóki nie postanowiliśmy uprawiać seksu i wszystko zleciało na łóżko, na Niego, na podłogę i weszło wszędzie, gdzie mogło wejść. Bez spłukania tego z siebie nie było mowy o dalszym kontynuowaniu, bo w pewnym momencie przytulenie było bolesne bardzo z racji klejących się do siebie włosków i skóry.
Ot, czasem nie pójdzie, a samo wspomnienie wystarczy nam, żeby się do siebie uśmiechnąć z ironią i przestrogą, że nigdy więcej.

czwartek, 4 października 2018

scenki

Urodziny.
Uparłam się, że nie chcę żadnego prezentu - i tak postarał się, zostając tydzień w domu na urlopie. Kasę na prezent przepieprzyłam na jedzeniowe rarytasy w stylu śmierdzący ser (kocham ♥️) i parę innych smakołyków dla podniebienia (a miał być nowy dildek..). Bo wszystko co potrzebuję - kupuję na bieżąco lub mniej bieżąco, bo zbieram w skarbonkę.
To jak zawsze się cieszę, że jest, tak teraz próbował być miły i co nie powiedziałam że jest do zrobienia - to było zrobione. Nieprzyzwyczajona jestem bardzo do tego, że ktoś mnie wyręcza, zwłaszcza w mojej pracy... Więc trafiłam pod but, bo mi się program uległości wysypał. No nie mogłam funkcjonować jak zawsze, potem mnie Mistrz naprawił ;)
Poszliśmy jednak na kompromis i mam kolejną małą bransoletkę na ręce.

Poranki.
W końcu można było w tygodniu się sobą nacieszyć bez nagłego "a co robicieeeee?". Starsza w przedszkolu, Młodsza na drzemce, my na środku pokoju, bo nawet nie zdążyliśmy dojść do łóżka ;)

I tak sobie wezmę.
Siedzę na komputerze i sprawdzam maile. Kątem oka widzę, jak Mistrz podchodzi w koszulce, ale chwilę wcześniej słyszałam że krząta się w łazience, bynajmniej nie w celu umycia rąk. Siłą zostałam sprowadzona na ziemię i... To jedna z tych scen, w której to ja decydowałam o tym, jak bardzo będę stawiać opór, w jakim kierunku się to potoczy i  ile On będzie musiał użyć siły, żeby mnie okiełznać. Uwielbiam kiedy góruje nade mną w ten sposób biorąc sobie co tam chce.  To jest chyba najbardziej popieprzone? ;)

Noga.
Siedzimy, pijemy kawę. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, w pewnym momencie mam ochotę się do Niego przytulić. Siadam okrakiem na nodze, wtulam się w Jego kark, chłonę zapach. Ale mi jest tak dobrze, więc zaczynam się ocierać o jego nogę, przytrzymując się Jego karku. Dojście jest szybkie, ale orgazm w ten sposób zawsze jest krótkim i niezbyt mocnym impulsem. Wystarczającym jednak, żeby poczuć ścisk w podbrzuszu i wilgoć w majtkach oraz paść przy nodze i prosić o więcej. A On, zwyczajnie uwielbia zmuszać mnie do proszenia.


poniedziałek, 1 października 2018

bardzo długi dzień

W sumie to mam wrażenie, że w nocy pojechałam, w nocy wróciłam a cały dzień po prostu pracowałam. Tyle że to był taki długi dzień, dość męczący. Podróż jak na złość się wydłużyła, bateria siadła, również w nocy wysiadłam nieco dalej od domu. Ale, w końcu padliśmy sobie w ramiona, Mistrz pomógł nieść przyciężkawą torbę, którą chyba na jakiejś adrenalinie niosłam, bo nie czułam jej faktycznego ciężaru. 
Dobrze być w domu.

Dzień trzeci, ostatni.