niedziela, 31 marca 2019

użyto: sznurek i krzesło

Poprosiłam Mistrza o seans - dawno (w moim odczuciu) nie było, a i On ciągle zapracowany, czułam, że Jemu również przyda się nieco ruchu....

Cały dzień zleciał, nie wiadomo kiedy. Nade mną zmęczenie brało górę (ale teraz przynajmniej już wiem, dlaczego się tak dzieje), mimo to liczyłam, że wszystko się uda. Wszystko zaczęło się w momencie przyjścia Mistrza do łazienki gdzie czekałam na Niego. Dostałam na dzień dobry opaskę na oczy, knebel w buzię i podwójny wibrator. Włączył, zaprowadził do pokoju, posadził na krześle. Strzelam, że krzesło było idealnie na środku pomieszczenia, sądząc po sposobie w jakim się wokół poruszał. Zaczął wiązać; nadgarstki, ramiona, nogi w dwóch miejscach. Pociął na fragmenty jedną z linek, które Mu oddałam. 
Całkowite unieruchomienie i mnóstwo czynników naraz, z których najistotniejsze były wibracje. Głowa mi spuchła. W pewnym momencie urządzonko zaczęło sprawiać bardzo duży dyskomfort, więc poprosiłam (a raczej wymemłałam z kneblem) o usunięcie go. Potem ... Przypiął mi 16 klamerek ale w taki sposób, że ledwo-ledwo trzymały skórę, przez co wrednie szczypały. Doszłam stymulowana dwa razy. Byłby trzeci, ale jakimś cudem wyemigrowałam krzesłem spod Jego rąk, od nadmiaru przyjemności. Jak tylko orgazm ustał, zdjął resztę klamerek, i oberwałam po udach i piersiach z suchej róży. Odleciałam po chwili, pomimo bólu jaki wywołały wbijające się w skórę kolce. Jak Mistrz znudził się różą, oberwałam z pejcza. Przyjemne, boląco - rozgrzewające smaganko, dopóki nie dotarłam do swojej granicy. Nie musiałam nic mówić - On przerwał od razu. A potem.... Użył moich piersi i tak znalazłam się z krzesłem pod ścianą, stukając rytmicznie sąsiadowi w ścianę. Znowu to była godzina nocna.... I choć wydawało mi się, że to był jeden z tych szybszych seansów, to minęło równo 1.5 h. Nawet nie wiem kiedy.



środa, 20 marca 2019

słowo o pieniądzach

  • Pieniądze... To dla mnie twarda granica. Temat drażliwy odkąd pamiętam - nie chcę wnikać w przyczyny tego stanu, bo te są w tym momencie nieistotne. Bardzo długi czas jakiekolwiek żarty dotyczące finansów potrafiły mnie uderzyć w środku bardzo boleśnie - mimo że od zawsze pieniądze były na szarym końcu mojej listy rzeczy niezbędnych do szczęścia. Jeden ze skutków przeszłości taki że, pomimo małżeństwa i pełnego zaufania do Niego, mam swoje własne konto bankowe do którego On niekoniecznie ma dostęp, ale oczywiście jest na bieżąco co i jak.
  • Uwielbiam obdarowywać. Uwielbiam to uczucie szczęścia, kiedy obdarowana osoba jest z tego faktu zadowolona. Uwielbiam zaskakiwać Mistrza swoimi spontanicznymi pomysłami, z których czerpie radość, i to nie są tylko materialne rzeczy, które na pewno Mu się przydadzą (choćby ostatnia realizacja: nocna wspólna kąpiel przy świecach, z butelką wina). Z wzajemnością - uratował mnie, i do tej pory otrzymuję od Niego to, co dla mnie jest najcenniejsze. Choć na początku potrzebowałam tylko się odwdzięczać, z czasem przeszło to w idealną wymianę barterową. Spełniam obowiązki wobec Niego i w naszej przestrzeni z przyjemności - nie z przymusu.

Dostałam prezent od Mistrza za (jak to określił) dobrą, naprawdę dobrą służbę z której jest zadowolony. 

I choć wiem, że Jemu w co najmniej takim samy stopniu sprawia obdarowywanie mnie, zwłaszcza że to nagroda, to długo nie mogłam sobie po tym miejsca znaleźć. Wiem doskonale jakie szczęście daje dawanie, a mimo to gdzieś z tyłu głowy siadło, że to za dużo. Choć ostatecznie mam radochę niesamowitą, to moment wręczenia wyglądał zupełnie inaczej. Jestem szczęśliwa - nawet bardzo - bo to coś, co było w moich planach zakupowych na ten rok. Wiadomo - są ważniejsze wydatki, koszta czy zobowiązania. Samodzielnie w skarpetę jestem w stanie odłożyć tylko to, co dostanę, lub zarobię w pracach dorywczych, przy czym wydatki domowe / na dzieci mają priorytet.
Tym bardziej, że dołożył mi do tatuażu, który miałam robić jesienią. Więc... Tak, jestem zaskoczona. Czuję się bardzo doceniona. Zwłaszcza, że zrobił to sam od siebie. Staram się nie myśleć o prawdopodobniej kwocie końcowej, jaką wyłożył i nie kalkulować, na co mogłyby te pieniądze pójść.
Decyzja została podjęta a ja nie mam zamiaru podważać Jego decyzji.

Dziękuję. ❤❤

poniedziałek, 18 marca 2019

czasami nie rozumiem samej siebie

Było zdarzenie.

Mistrz wykorzystał mnie seksualnie.

Wiem, co można sobie pomyśleć w tym temacie, tym bardziej że wpadają nam od czasu do czasu seanse związane z RP. Subtelna różnica jest taka, że zawsze również uczestniczę, świadomie się poddając, wyrażając jasno zgodę, pomimo swojej bierności podczas tego typu scen.
Ale wtedy chciałam być zostawiona w spokoju świętym - nie miałam absolutnie ochoty na jakiekolwiek aktywności, nie miałam chęci, nie chciałam nic. Wszystko było całkowicie wbrew mnie, mechaniczne, fizyczne, suche.
Włączyłam obojętność zaciskając powieki, byle do końca, nie wydając żadnego dźwięku. W końcu Mistrz ma pełne prawo korzystać ze mnie kiedy On chce, choć po raz pierwszy nie pokryliśmy się ze sobą. Subtelna różnica. Ale dzięki temu czynność była całkowicie autentyczna i "nie zagrana" w porównaniu do dotychczasowych scen.
Pojawiły się myśli. Czy to właśnie tak powinny wyglądać wszystkie sceny w kierunku odgrywania gwałtów? Więc co dotychczas było?

Zaraz po - byłam wściekła. Na siebie - że przecież gdybym faktycznie nie chciała, On wiedziałby i nie podejmowałby działań. Skoro podjął, a ja źle się z tym nie czułam znaczy, że zna mnie lepiej jak ja siebie sama. Złość chwilę później, powoli, zaczęła ustępować, więc poprosiłam Go o przytulenie. Porozmawialiśmy o całym zajściu na spokojnie - zanim spadłam w dół myślami w kierunku braku szacunku i zeszmacenia, bo przecież właśnie to było istotą.

Nie jestem w stanie stwierdzić, czy mi się to podobało czy nie. Mistrz stwierdził że to dobrze - i że właśnie o to chodzi że nie jestem w stanie się określić. Ale irracjonalnie rozmyślanie o tamtej sytuacji dzisiaj powodowało podniecenie. I konieczność rozładowania się - nieważne jak - byle szybko, już teraz.

Nie rozumiem czasem sama siebie.


niedziela, 17 marca 2019

pytanie do Czytających

Z jakim owocem kojarzy się Wam klimat? 
Mile widziane rozwinięcie, dlaczego akurat z tym konkretnym. Odpowiadać można w komentarzu, jak i na pw ☺

zakupowo

Kolejne do kolekcji: wibrujące kulki i wibrator 3w1. Obie rzeczy są na pilocik - więc idealne do zabaw poza domem. 

Jeśli chodzi o kulki:


Tylko jedna jest ładowalna i wibruje, pozostałe dwie robią za obciążenie (i miły dodatek). Na zewnątrz dość mocno słychać bzyczenie, schowane w środku słychać tylko z bliska.
Według producenta jest 10 trybów, wibracje są naprawdę mocne. Niektóre tryby działające dłużej nie są zbyt przyjemne w odczuciu  (ten moment, w którym wie się, że zaraz zacznie się ból głowy). Trochę się boję, że z czasem silikon popęka, ale z drugiej strony kulki są na tyle ciężkie, że pokusiłabym się o spróbowanie ponosić je bez silikonowych ubranek. Jeśli chodzi o zasięg - producent podaje aż 20 metrów. W praktyce w mieszkaniu różnie bywa - albo złapie, albo nie złapie. Dodatkowy psikus może zrobić wyłącznik, źle ułożony sprawi, że zaciskając mięśnie kulka się wyłączy.


Jeśli chodzi o wibrator:


To jest główna fantazja Mistrza, żeby oba otworki były zajęte - ale żeby nie były tak niewygodnie jak np kulki + korek. I faktycznie, wibrator jest tak skonstruowany, że da się w nim swobodnie chodzić i siedzieć (choć przy siadaniu miałam wrażenie że wyleci), niekoniecznie leżeć (to samo odczucie, co przy siadaniu). Najwyższe obroty są naprawdę mocne. Technicznie: ma 7 trybów, masuje również okolice łechtaczki. Głośność.... Im bardziej, tym głośniej, słychać bzyczenie stojąc obok. Zasięg według producenta to 15 metrów, czas działania około półtorej godziny. W mieszkaniu działa przez ścianę ;) Ciekawy, mały wariacik.

sobota, 16 marca 2019

zabawka dla Dorosłego

Wieczór zapowiadał się miło - wychodząc do O. Mistrz zapowiedział, że wieczorem mam sobie zarezerwować czas tylko dla Niego. Takie 'obietnice' z błyskiem w oku sprawiają, że jednocześnie nie mogę się doczekać, jak i nieco się obawiam. Zwłaszcza że kolejna zabawka (podwójny wibrator) czekała na swoją.. kolej.
Więc... byle do wieczora.
Jak tylko wyszłam spod prysznica, Mistrz zaaplikował urządzonko gdzie trzeba i ustawił odpowiedni program. Końcówka analna jest o posturze małego palca w dłoni, więc w sumie bardziej drażniła, ale... Całościowo było naprawdę świetnie. Dużo lepiej było stać, jak chodzić (wtedy wibracje świdrowały głowę i sprawiały, że miałam ochotę nogi rozłożyć, nie zaciskać ☺ ). Trochę Mistrz przetestował różne parametry, wnikliwie obserwując reakcje. A potem zaczął się bawić moim ciałem, mnożąc używane przez siebie sprzęty.

Cel tej jednorazowej (acz wielokrotnej) podróży: być roztopioną w Jego rękach, całkowicie zdaną na Jego decyzje. Jeśli On zażyczy sobie totalnego zeszmacenia - proszę bardzo, usługa zawiera się w tej cenie.
Moje ciało wibrowało, napędzane kolejnymi orgazmami, aż do wypadnięcia wibratora. Orgazm gonił orgazm - wyrywane z ciała siłą, spływające po ciele wraz z kroplami potu. Napięcie mięśni, nad którym nie panowałam; słowa, które się wysmykiwały, a których nie powtórzyłabym za cholerę poza seansem. Uczucie ścisku jak w imadle, które musiałam wytrzymać. W międzyczasie sąsiad (mimo naprawdę późnej pory) podgłośnił telewizor, więc nieco mnie to otrzeźwiło, i zmusiło do panowania nad głosem.
Wraz z końcem seansu ciało znowu się przekręciło i straciłam oddech. I znowu musiałam walczyć o tlen. 

WSZYSTKO, CZEGO DZIŚ CHCĘ


czwartek, 14 marca 2019

spotkanie przy kawie

Wczoraj były odwiedziny A., więc skorzystałam z okazji i poprosiłam Ją o użyczenie ciała.
Do wiązania.

W każdym razie dobrze, że A. jest cierpliwą osobą która mi zaufała, przez co mogłam plątać na spokojnie mimo stresu. Mnóstwo rzeczy udało mi się przetestować praktycznie, w dodatku efekt końcowy miał ręce i nogi. Część rzeczy nie wyszła - poległam technicznie (sporo rzeczy nie wiem lub jeszcze nie umiem), na część brakło mi sznurka; ale nie ma źle. Jestem zadowolona, mam nadzieję, że A. również. To co w takich sytuacjach następuje, to że czas pędzi jak szalony, zjadło nam półtorej godziny na zaledwie paru układach. Wiązanie kogoś jest bardziej fascynujące, jak wiązanie siebie - nie zawsze w lustrze czy "od góry" zobaczę niedociągnięcia, w dodatku na sobie nie ma tego  elementu "zaskoczenia". Na kimś - widzę wszystko od razu, mogę związać ciało w określoną przeze mnie formę.
Na plus, że w końcu układam linki symetrycznie i w miarę równo. Że porównując do pierwszego wiązania widzę postęp. Że pora dokupić kolejne parę metrów w jednolitym kolorze.
Na minus - że chciałam wszystko idealnie a jak coś nie wyszło to stres był większy. Następnym razem zagryzę tabletką na uspokojenie.


A. dziękuję! Obiecuję wrzucić Cię do wiklinowego kosza na raz następny :)




sobota, 9 marca 2019

popiątkowe

Jako że był dzień kobiet, Mistrz przyniósł do domu różyczkę. Długą, z pięknym, aksamitnym pąkiem, wyposażoną w kilkanaście kolców. Z firmowym uśmiechem mi ją wręczył, a ja wiedziałam od razu, co zaplanował.
Nie było źle - najpierw Mistrz wypróbował na mnie jedno z wiązań (plan pierwotny, wplatamy różę w sznurki), więc było mi bardziej jak dobrze, kiedy linki oplatały mi ręce i tors coraz bardziej. Potem była długa rozmowa przy winie (truskawkowym), a potem Mistrz użył mnie jak zabawki. A potem... Musiałam przytrzymać sobie piersiami różę, a kolce wpijały się między nimi. Smaganie nią również było - nie trzeba było dużo siły, żeby nie powstało mnóstwo ranek od kolców, choć wydawało mi się, że Mistrz zaplanował takie konkretne lanie badylem (to zaś bankowo spowodowałoby niemożność siedzenia na dzień następny). Przyznam szczerze - że to dla mnie "przyjemny" rodzaj bólu. Inny od uderzeń dłonią, czy przyrządami. Pomiędzy dotykiem kolców był dotyk płatków - nieco chłodnych, w odczuciu jak usta. 
Miła odmiana, oraz fascynujący wieczór. 





środa, 6 marca 2019

jak wykorzystać za duży koszyk

Ostatnio często bywam na ogłoszeniówce internetowej. Szukałam oczywiście zupełnie czego innego, ale w podpowiedziach wyświetlił mi się on. Piękny wiklinowy kosz, idealny na owoce sezonowe (szczególnie jabłka, bo tych tygodniowo przetwarzam dość sporo). Zderzenie z rzeczywistością było zaskakujące, bowiem okazało się że kosz jest dużo większy, jak myślałam. Taki, że jak go niosłam na plecach za ucho, to schowałam się od barku do połowy ud. Inna sprawa, że jestem niska ;) 
Dzieciarnia oczywiście od razu go zagarnęła do zabawy, my natomiast sobie powyobrażaliśmy, jakie jeszcze role może spełnić.
Na przykład kojec dla pieska.

Mistrz przywołał mnie gestem dłoni, nakazał klęknąć przed sobą, po czym nałożył czerwoną (nową) obrożę - taką, która jest dla mnie sygnałem o rozpoczęciu petplay (i wejścia w subspace, tak głęboko, jak tylko się da) i zakazie mówienia, co najwyżej szczekania/warczenia/skomlenia/wycia. Po jej nałożeniu kazał iść do wiklinowego kojca i tam chwilę posiedzieć, następnie wykonać kilka poleceń głosowych. Zadowolony, przywołał do siebie na powrót i nakazał pieszczoty oralne, bez użycia rąk. Miło i przyjemnie, komunikacja głównie niewerbalna, zero jakichkolwiek zaprzeczeń w głowie. Za użycie ręki zostałam sprowadzona na ziemię, Mistrz zaaplikował mi na łechtaczkę urządzonko. Z dociśniętą głową do Jego stopy próbowałam się skoncentrować, ale wykonywanie kolejnego zadania wykluczało dojście - co spowodowało rozstrojenie bo ani jednej czynności, ani drugiej nie mogłam zrobić w pełni. Dopóki nie nakazał wejść na łóżko i usadowić się łapkami na swoich kolanach. Jeden orgazm wywołany dmuchawcem sprawił, że z tego łóżka zleciałam, wyprostowana jak struna. Ot, taka dziwna reakcja ciała. Za to  dostałam parę klapsów. Dalsza "współpraca" przebiegła bez zakłóceń (...)

Po, oklapłam w sumie bez siły i głosu na łóżko. Mistrz wytarł mnie chustką, pogłaskał, zdjął obrożę.
- saro, wróć. 
Wróciłam do siebie.


Co do wykorzystania kosza - następnego dnia weszłam do środka żeby zrobić parę fotek (jedno ze stałych zadań), ale nie mogłam się powstrzymać przed użyciem linki. I mi się zamarzyło, takie całkowite wplecenie kogoś linkami w koszyk; całkowita integracja uwięzionego ciała i wiklinowych gałązek. Ech... Pomarzyć można ;)


moja fantazja (#14) do zrealizowania

 [jestem zauroczona jedną sceną z filmu 'johny wick', mimo że film znam na pamięć]

- saro, idziemy na basen!

Ucieszyłam się, bo już jakiś czas nigdzie nie wychodziliśmy, a teraz mieliśmy możliwość. Zapakowałam strój, przybory, ręcznik. Pora była mocno popołudniowa, ale obiekt jeszcze parę godzin był czynny. Wyruszyliśmy do miejscowości obok, gdzie oprócz basenu była również strefa saunowania i hotel. A takie ciepełko to zwykle obietnica relaksu.... I błyszczącej od potu skóry. 

Dojechaliśmy; nieco zdziwiłam się, jak mistrz nakazał zostać w aucie. Ale nie zadawałam pytań, bo w krótkim czasie wrócił, zgarnął torbę i mnie, i weszliśmy, kierując się w stronę kasy.
Pierwsze zadanie - w szatni Mistrz wręczył mi kulkę. Miałam ją włożyć ubierając strój - i nosić, dopóki nie opuścimy basenu. Kolejne zadania obiecał przedstawiać w trakcie pobytu.
Weszliśmy na halę. Błękit, wielkie szyby, powoli zbliżający się zachód słońca i cudowny, górski widok za oknem. Nie mogłam się oprzeć, wskoczyłam do wody, przepłynęłam kawałek. Mistrz ulokował się nieopodal w nieco zabudowanym jacuzzi, mając jednak na mnie oko. Obiekt o tej porze był nieco opustoszały, nawet się ucieszyłam, bo to zawsze więcej przestrzeni osobistej. W pewnym momencie Mistrz przywołał mnie do siebie. Sprawdziłam pod wodą, czy łańcuszek się nie wysmyknął spod brzegu stroju i przeszłam po chropowatych płytkach do zdecydowanie cieplejszej, buzującej wody. Jak tylko zanurzyłam się w bąbelki, Mistrz zaczął gładzić mnie po udzie, palce jednak wślizgiwały się pod strój. Pod wodą nie było nic widać, ale takie obiekty zwykle są pod obstrzałem kamer.... Rozejrzałam się nieco, ale nie zauważyłam nad nami nic takiego. Sama ta strefa była nieco schowana, nadawała nieco intymności, pomimo publicznego miejsca. Trochę się odprężyłam się, na co nieco na mnie naparł, masując (i całując) moje piersi. To było... Dziwne. W każdym momencie ktoś mógł przejść - lub zwyczajnie się do nas dosiąść. Ale im dłużej pęczniałam od podniecenia, tym mniej mnie to obchodziło. I wtedy padło kolejne polecenie: "na dół".
Usłużnie wzięłam wdech i zanurzyłam się pod wodę, by następnie wziąć w usta Jego penisa. Musiałam się ze parę razy wynurzyć żeby złapać oddech, nie wiem ile to trwało.... Spiłam wszystko, co do kropli. Ostrożnie wynurzyłam się na powierzchnię, rumieńce na twarzy zawsze mogły być spowodowane ciepłą wodą, prawda? Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, po czym Mistrz nakazał mi iść po ręczniki i przejść w stronę saun. Jakoś miałam wrażenie, że dyżurujący na hali ratownik dość intensywnie patrzy w moją stronę - ale dopóki on z niczym do mnie nie podszedł, starałam się udać że ja tu tylko jestem zwykły żuczek, korzystający z chwili wytchnienia, relaksując się (cokolwiek zawierało się w tym określeniu) jak inni. 
Saun były dwa rodzaje - sucha, i mokra (parowa). Przed wejściem zdjęliśmy stroje i owinęliśmy się ręcznikami; tak przygotowani usiedliśmy na rozgrzanych, drewnianych ławeczkach. W moment moja skóra pokryła się potem, który dość szybko wsiąkał w ręcznik. Na salce byliśmy sami, więc Mistrz kazał mi na ręczniku klęknąć przy swoich stopach. Myślałam, że się roztopię, samo oddychanie powodowało gorąc w okolicy płuc. W dodatku łańcuszek od kulki okropnie się nagrzał, i zaczął parzyć mnie po udach. Założony czas minął, więc kazał iść do drugiego pomieszczenia, tej parowej. Podniosłam się i już chciałam zawinąć w ręcznik, ale dostałam po twarzy.
- i gdzie wstajesz? nago i na czworaka, przy nodze. już.
Próbowały mi mknąć różne myśli przez głowę, ale nie protestowałam. Bo to, co zarówno przerażało, również i nakręcało. Mistrz wyszedł jako pierwszy - i widziałam, że mimo wszystko się rozejrzał, za Nim ja. Na czworaka. W kolana wbijały się chropowate płytki, dobrze że pomieszczenia były obok siebie. Opłukał mnie pod prysznicem lodowatą wodą, po czym skierował do drzwi.
To pomieszczenie było zdecydowanie bardziej komfortowe - mimo, że ciepłe, to jednak wilgoć miękko otulała skórę, jakby w lesie tropikalnym. Uklękłam przy nogach Mistrza, położyłam ręcznik obok Niego. I wtedy zauważyłam, że jest jeszcze ktoś. Mężczyzna, na oko około czterdziestki, nie wyglądał na zszokowanego. Naga baba, wchodząca na czworaka do sauny, to przecież nie zdarza się codziennie. Zawstydziłam się w moment, odwróciłam twarzą do Mistrza. Mistrz zaś wyglądał na rozbawionego; co jakiś czas polewał mnie zimną wodą jak gdyby nic. Wszyscy zachowaliśmy milczenie. Mężczyzna wyszedł po jakimś czasie, a wtedy Mistrz się roześmiał. Tak, zabawna sytuacja. Nawet mi puściło dość szybko, również się uśmiechnęłam. Może tamten mężczyzna również był klimatyczny, nigdy nie wiadomo. 
Czas się skończył, wyszliśmy (mogłam wstać), zimny prysznic (przydatny, kiedy w głowie buzowało tyle myśli i odczuć), szatnia. I kolejna niespodzianka - zamiast do wyjścia, Mistrz pociągnął mnie do recepcji hotelu; cichaczem zarezerwował wcześniej nockę. Już teraz wiedziałam - dlaczego jeszcze mam w sobie kulkę, oraz czemu torba, w której miały być tylko ręczniki jest ciut większa i cięższa. Dlaczego przez cały czas miał TEN błysk w oku, kiedy na mnie patrzył. Dzisiejszej nocy... Nie będziemy spali. 


JW



niedziela, 3 marca 2019

recenzja Satisfyer Pro Travel

Wyjątkowo pozwolę sobie na nieco dłuższy i subiektywny opis jednej z nowych zabawek - choćby z tego względu, że jakiejkolwiek opinii nie znalazłam, przynajmniej nie w rodzimym języku.

Od dość długiego czasu przyglądałam się na takie urządzonko jak masażer powietrzny. Cena skutecznie blokowała zakup (najtańsze zaczynały się od 90 złotych, interesujący mnie, w kształcie pingwinka, od 160), w dodatku po wtopie z antenką nie bardzo mi się widziało ryzyko. Ale przypadki chodzą po ludziach, prawda? 
Swoje urządzonko znalazłam na... olx. Przy okazji szukania zupełnie czegoś innego, wyskoczyły mi w proponowanych ogłoszenia użytkownika, w których były również inne gadżety erotyczne (wyglądało to tak, jakby ktoś zamknął sex shop). W świetnych cenach (towary powystawowe). W dodatku sprzedający z moich okolic. Przypadek, a ja lubię takie przypadki, natomiast powystawówek się nie boję ;)

 W każdym razie urządzonko wygląda tak:


Niepozorne. Ciche, małe i lekkie (producent podaje 192g i 10 cm długości), w pierwszym skojarzeniu pomyślałam, że to wiatraczek w ładnym opakowaniu. Fajnie leży w dłoni. Intuicyjny, zaledwie dwa przyciski "+" i "-", którymi steruje się natężenie podmuchu (11 trybów) , jak i włącza/wyłącza. Materiał: silikon, tworzywo ABS, podoba mi się ładowarka na magnes ☺Klapka również jest na magnes, więc samo się zamyka.
Podobno jest wodoszczelny, ale nie wiem, czy chcę to sprawdzać.


Pierwsze użycie i operowanie masażerem należało do Mistrza - podeszliśmy mocno sceptycznie do tego (urządzonko działa na zasadzie zassania i podciśnienia), wystarczy zaaplikować go otworem na łechtaczkę. Na najsłabszych podmuchach w zasadzie jest przyjemnie i nic poza tym, jako stymulacja wstępna - super. Ale na wyższych obrotach.... 
Wybaczcie kolokwializm - pierdolnięcie.
Orgazm prima sort. Szybki i naprawdę konkretny. Takie crème de la crème orgazmowe, gdzie dopiero po dojściu zwykle się roztapia i odpływa -  tu to odczucie jest w zasadzie przez cały czas. 
Za trzecim razem wyrwało mnie z butów (w mocnej przenośni, bo butów na sobie nie miałam ;) ). 

W sumie Mistrz zmusił mnie do dojścia łącznie 10 razy w czasie, w którym zwykle dochodzę raz, może dwa, i to wandą. Taka jestem znieczulona. To, co zauważyliśmy: o wiele lepszy efekt i szybsze dojście jest na łechtaczce nieco opuchniętej. Więc albo już po jednym orgazmie każde kolejne są bardzo szybkie - i o takim samym natężeniu, albo po naprawdę mocnym podnieceniu. 
Jako gra wstępna - stymulacja do orgazmu może się wydłużyć, ale jest to czas niesamowicie przyjemny.

Czy polecam?
Zdecydowanie tak, zwłaszcza dla miłośników zabaw z łechtaczką, lub fanów tortur orgazmem. To zupełnie nowe możliwości i doznania. Masażer jest niepozorny, ale konkretny. 
Cenowo... Znając jego możliwości, byłabym skłonna do inwestycji w pingwinka. Uważam, że jest wart tej ceny. 

#recenzja

sobota, 2 marca 2019

rozsypane puzzle

Ciężki czas. 
Od początku roku nawarstwione małe problemy, urosły do rangi sporej warstwy mułu, który osiadł na brzegu. Finalnie, jak jebło... To się ta układanka nieco posypała, tworząc wyrwę. Nic, z czym byśmy nie dawali sobie rady to tej pory ale... Nie lubię tak. Rozumiem, dlaczego. Wiem, że jeszcze trochę.... Muszę (powinnam) wytrzymać. Dalej szukać najmniejszych form bliskości. Oczekiwać, a nie tylko czekać. Pozbierać fragmenty i odłożyć je na swoje miejsce, bez ochoty odrzucenia ich wpizdu.