poniedziałek, 20 maja 2019

pewne pytanie

Co by było, gdyby Mistrz okazał się uległym mężczyzną? Taka myśl przyszła mi do głowy po jednym pytaniu, w temacie uległego mężczyzny:
Czy gdybym była w związku z uległym, czy szukałabym Pana, aby móc się poddać?  

Czy starałabym się przekuć rzeczywistość w osobisty sukces, zadowalając i Jego, i siebie? Czy zamiast mówić dzisiaj o uległości, mówiłabym o dominowaniu? 
Wiecie, że u nas to wszystko wyszło z czasem. Kolejny etap, choć od początku to On był niejako Osobą decyzyjną. Zdecydowanie wiele cech wspólnych i zainteresowań. Oboje w zasadzie od początku korzystaliśmy z różnych przedmiotów i do pewnego momentu klimat nie był nam potrzebny do ich używania. Jest dobrze jak jest. Ale...
Czy mając tyle lat co wtedy, kiedy zaczynałam związek z Mistrzem.... Czy wybrałabym świadomie lub nie kogoś, komu to ja będę przewodzić? Nie jestem tego pewna. Pod tym względem miałam raczej jasno określony cel, oraz sylwetkę tego, czego poszukuję. Dwie, może trzy cechy wewnętrzne, jedna zewnętrzna. Nie miałam wielkich wymagań, patrząc na swoje koleżanki które czasem szukały nie wiadomo czego (ciekawe, czy wiedziały czego konkretnie). Nie byłam też na tyle silna.
Jak sobie teraz o tym myślę, to chyba szukałam podświadomie Kogoś, na kim i ja będę mogła się oprzeć. Do Kogo będę mogła przytulić się w nocy. Osoba, która będzie w stanie realnie mi pomóc. Gdybym była w stanie sama siebie uratować.... To w tym momencie zapewne byłabym sama. Bo seks... Kobieta znajdzie gdziekolwiek, bez problemu. Potrzeba więzi to, jakby nie patrzeć, również potrzeba choć skomplikowana, nie każdy ją ma. A skoro wszystko mogłam sama, to po co mi Ktoś?
Gdybym jednak związała się z uległym mężczyzną i była między nami więź złożona z uczuć... To chciałabym mieć Go tylko dla siebie i zapewne starałabym się wpasować, dostosować do Jego potrzeb. Moja uległość zostałaby uśpiona, zakopana głęboko. Pisałabym pewnie o dominacji, szukała porad i informacji, tak jak teraz. Natomiast gdyby mimo moich starań był nieszczęśliwy.... Obawiam się, że jedyną słuszną drogą byłoby rozejście się. Czy wtedy odkopałabym uległość i poszukiwałabym Pana? 
Nie. Bo u mnie nie jest to cecha określająca typ związku. Dobrze, jeśli wyszłaby z czasem.

Wróciłam do punktu wyjścia.


wtorek, 14 maja 2019

w internecie nic nie ginie

Czyli luźne rozkminy w temacie informacji wrzucanych w różne miejsca w necie i praw autorskich do nich.

Na pewno wielokrotnie trafiliście na blogi poświęcone danej tematyce, okraszonej wieloma zdjęciami zaczerpniętymi z internetu. Super, jeśli jest podany autor i źródło, w większości przypadków jednak nie ma takiej informacji. Oczywiście istnieją bazy zdjęć, zarówno bezpłatne (przy czym mają opcję dobrowolnej dotacji na rzecz danej bazy) jak i płatne, na zasadzie nabycia praw do ich wykorzystywania. Temat praw autorskich to temat rzeka - kradzieże intelektualne były, są i będą. I znowu - super, jeśli autora danej informacji pyta się o zgodę na wykorzystanie u siebie jego własności. Bo biorąc pod uwagę kwestię obrazkowych blogów - nic do nich nie mam, wręcz przeciwnie: uważam za duże ułatwienie w wyszukiwaniu danego tematu. Bo często te treści po prostu nie zawierają zdjęć prywatnych, prędzej są to fotografie komercyjne czy uwiecznione sesje foto, zawsze też może się zgłosić autor żądający usunięcia lub podpisania, z czym zwykle nie ma problemu. Tym lepiej. Zależy też, w jakim celu wykorzystuje się czyjąś własność - czy są to cele prywatne (np czyjeś zdjęcia zapisane w prywatnym folderze na prywatnym komputerze, tylko do wglądu), czy komercyjne (np wykorzystanie zdjęcia w konkursie czy stworzenie intratnego profilu). Natomiast nie ma się co czarować - pod tym względem internet jest bardzo duży, i w zasadzie często nie chce się dokładnie szukać, skąd dana rzecz pochodzi, a tym bardziej pytać.

Na zamkniętych forach i czatach jest dość swobodny przepływ zdjęć, filmików i informacji, nie tylko "anonimowych", ale również prywatnych właśnie, pochodzących od samych użytkowników. Mają one za zadanie zainspirować, zachęcać, bywają powodem dyskusji. Informacje czasem bardzo ogólne i anonimowe, niekiedy zaś pozwalające dokonać identyfikacji tego, kto jest autorem... Wprawny osobnik śmigający w programowaniu bez problemu odnajdzie właściwy adres IP z którego dana rzecz wpadła, a po nitce do kłębka - również informacje personalne. Dlatego tak ważne zwykle jest, aby zamknięte dla ogółu miejsca miały choćby podstawową selekcję tego, kto uczestniczy w takiej społeczności. Na bieżąco monitorować wszelkie odchylenia oraz nadużycia i reagować możliwie jak najszybciej. 

Klimatycznie rzecz biorąc, to niejednokrotnie w rozmowie pytałam danej  osoby, czy ma podpisany jakikolwiek dokument chroniący jej wizerunek uwieczniony na zdjęciach wykonanych dla Pana, czy przez Pana. Żaden z moich rozmówców nie zawracał sobie tym głowy. Do tej pory upieram się przy swoim zdaniu, że to jest niesamowicie ważne, na równi z omawianymi granicami względnymi i bezwzględnymi. Bo w razie rozejścia zwyczajnie chroni dupę przez ewentualną zemstą w postaci rozpowszechnienia informacji intymnych, pozwala szybciej wyegzekwować ukaranie. Pragnę wierzyć, że wszyscy, z którymi podjęłam ten temat trafili po prostu w uczciwe osoby.

W internecie nic nie ginie. Raz wrzucone, zostaje tam na zawsze. I w zasadzie nie wiadomo, do ilu osób może dotrzeć dana treść, ani w jaki sposób zostanie ona jeszcze wykorzystana, poza udostępnieniem dalej. Nie każdy jest uczciwy, a w w tym cyfrowym morzu istnieją również grupy specjalizujące się w wyłapywaniu prywatnych treści, a następnie wykorzystywanie ich w sposób podpadający pod niejeden paragraf. Mam nadzieję, że w przypadku klimatycznych panuje niepisana zasada - gdy niechcący kogoś się odnajdzie i zidentyfikuje, to po prostu nie podejmuje się działań, a wiedzę zachowuje dla siebie. Przynajmniej ja tak robię.
Ale czasami aż dziwi, jak niejednokrotnie są osoby dosłownie podające się na tacy - a klimat to ich wielka tajemnica, skrywana przed poukładanym światem ogólnym. 

Idealnie: mieć świadomość tego, że umieszczone zdjęcia, czy inne informacje mogą wyciec i wpłynąć w codzienność, burząc dotychczasowy porządek. Warto rozważyć dobrą selekcję tego, co mimo wszystko chce się umieścić - że nawet jak wycieknie, to nie narobi syfu.


piątek, 10 maja 2019

rozmówki #6

Pijemy kawę, w pewnym momencie dzwoni jeden z klientów. Mistrz prowadzi rozmowę techniczną, a ja postanawiam nieco Go wytrącić z tego porządku. Na Jego oczach zaczynam bawić się paluszkiem: wkładam go do ust, oblizuję, paluszek zsuwa się niżej. Drugą ręką zaczynam dotykać piersi, nieco je odsłaniając. Widziałam, że stara się nie patrzeć w moją stronę i skupić na rozmowie, ale dwa razy się zawahał nad tym, co miał dalej powiedzieć. Nie rozmawiał długo. Skończył, wstał z krzesła i podsunął mi go, żebym przełożyła się w pół. Więc, głową w dół, brzuch na krześle, tyłek wypięty, nogi zahaczone o podłogę. Szybka akcja, połączona z naprawdę mocnymi czterema uderzeniami w tyłek (zawsze liczę tak mocne), ból na granicę płaczu, rozbity ciągiem dalszym. Po wszystkim, w lustrze ukazały się podbarwione na fiolet palce Mistrza, który żartobliwie ich ułożenie porównał do motylka, który przysiadł na pośladku. 
- Widzisz, czym się kończy pokazanie mi cycków?
- i właśnie dlatego staram się ich Tobie nie pokazywać. nie uderzyłeś z całej siły, prawda?
- Nie, ale to było od serca. 
- to pewnie się dowiem jak to jest z całej siły, gdzieś za rok - dwa?
- Bo?
- bo pewnie tyle zajmie mi przyzwyczajenie się do bólu? jeszcze rok temu nie byłabym w stanie znieść fizycznie tego, co obecnie czasem wpada. za rok zapewne zniosę jeszcze więcej. 

Osobiście (i po cichu), to ja to nazywam ubijaniem dupy na twardo.

znalezione w internecie


😉

czwartek, 9 maja 2019

BONDING

Miałam przyjemność obejrzeć z Mistrzem ten serial, dostępny na Netflixie. Odcinki mają mniej więcej 15-16 minut, pierwszy sezon składa się z siedmiu części. Cytując opis: "Nowojorska studentka, która dorabia wieczorami jako domina, składa przyjacielowi gejowi ze szkolnych lat nietypową propozycję."
Propozycja ta polega na byciu jej asystentem - można powiedzieć, że niedoświadczony klimatycznie laik wpada nagle w świat dominacji, uległości i skrajnych fetyszy, które  realizują odwiedzający ową Dominę klienci. Do tego dochodzą problemy prywatne obojga, moralne dylematy, walka z samym sobą na wielu płaszczyznach i próba akceptacji własnej rzeczywistości.
Całość wyszła zgrabnie, momentami śmiesznie, na próżno szukać przesadnej golizny pomimo wielu, wielu rozbieranych scen :) Nieklimatyczni potraktują to zapewne jako zabawną parodię bdsm, kolejny naprawdę świetnie zmontowany serial. Klimatyczni..... Nam się dobrze oglądało, cięty humor, dużo przekleństw, gagi sytuacyjne tym zabawniejsze, na ile sami czegoś doświadczyliśmy. Zmusza do zastanowienia się nad aspektami bdsm w życiu codziennym, konsekwencjami płynącymi z realizacji fantazji i tym, co może się wydarzyć kiedy uzewnętrzni się światu swoje drugie ja.

Bardzo polecam, jako ciekawostkę.




#recenzja

środa, 8 maja 2019

bezpruderyjność

Zainspirowałam się wpisem Uważnej i pochyliłam nad tym pojęciem nieco bardziej, jak dotychczas. 

Bezpruderyjność: według Słownika Języka Polskiego, jest to "brak pruderii, czyli udawanej, fałszywej wstydliwości".  
Tak bardzo się zgadzam z Uważną i jej zgrabnym określeniem, że bezpruderyjność to specyficzna otwartość, w szczególności umysłu, na ogólnie pojętą seksualność! Pozwolę sobie rozwinąć to, o czym myślę - uważam, że w bezpruderyjności zawierają się zarówno swobodne rozmowy w tematach intymnych, jak i całkowita zgoda z własną naturą do praktykowania tychże. 

Dzisiejsze czasy są pełne paradoksów i przesad, nadgorliwości wiele ponad kreskę. W tej całej codzienności, gdzie seks w zasadzie uderza nas zewsząd: począwszy od reklam, skończywszy na filmach, dziwi niesamowicie, że wszelkie jego aspekty to ogromne tabu, a genitalia są wstydliwie określane eufemizmami tematycznymi, zaczynając od "to"". A przecież zdecydowana większość dorosłych miała choć raz w życiu relację intymną. Wierzę, że są osoby naturalnie wstydliwe, opanowane, tak wychowane, nie lubiące rozmów o seksie. Wierzę również, że podstawową biologię człowieka przerabiał w szkole każdy dorosły, choćby na poziomie podstawowym. Ale dostaję czasem sama z siebie białej gorączki, kiedy dorosła osoba nie potrafi (albo nie chce) powiedzieć poprawną nazwą danego intymnego elementu, tylko używa jakiegoś zabawnego określenia z powodu właśnie takiego pustego wstydu. Nie chodzi mi o przesadę i rzucanie penisami i waginami na prawo, i lewo, byciem wyzwolonym na przerost. Chodzi mi o to, żeby umieć nazwać to, co się posiada ze zrozumieniem tego, jakie korzyści z faktu posiadania płyną. Poprawnie, bez udawania zgorszenia, bezpruderyjnie. 

To, na co również zwracam uwagę to to, dlaczego filmy z jakimkolwiek zbliżeniem intymnym często są dozwolone od wyższego progu wiekowego jak siekanina, gdzie krew leje się strumieniami, a przemoc jest naprawdę konkretna. Umówmy się: w zwykłych filmach zwykle nie ma królewskich ujęć rodem z porno, większość scen jest niesamowicie sensualna, często niedopowiedziana. Oczywiście próg wiekowy musi być, choćby dlatego że ci mniejsi po prostu nie zrozumieją. Wiadomo, że czasami wyskoczy kawałek cycka, lub czyjegoś zadka. Ale biorąc pod uwagę co niektóre kampanie reklamowe ogólnodostępne, wylewające się z reklam w tv, gazet czy banerów... Jestem zdziwiona. Przemyka się nad tym, jak nad czymś naturalnym, kiedy (przeważnie) kobiety robią za słupy reklamowe swoim (często prawie nagim) ciałem. I to nie jest 12+ czy 16+, to jest zwykła reklama, która ma dotrzeć do jak największej liczby odbiorców (często właśnie poprzez kontrowersje jakie wywoła).

Uważam bezpruderyjność za coś tak naturalnego, jak oddychanie. To integralna część człowieka, której nie powinno się wstydzić, czy zakrywać przed nią oczu. Bycie bezpruderyjnym jest byciem w zgodzie z samym sobą, oraz wiedzą samą w sobie. Bo często pruderyjność wynika z niewiedzy, czy z braku doświadczenia w temacie, czasami również z przykrych doświadczeń. Już kiedyś pisałam, nieraz, ale powtórzę - warto zacząć od rozmowy z samym sobą. To ciężkie, ale przyszłościowe. 


piątek, 3 maja 2019

za zasłoną zawstydzenia

Mistrz ostatnio bada moje reakcje na zawstydzenie w różnych sytuacjach. To zdarza się często, więc zaliczam to w koszty zadań jakie nieraz przychodzi mi wykonać. Zmniejsza się natomiast zdecydowanie liczba rzeczy, które mnie krępują.  Ogólnie rzecz biorąc, to w teorii czego się wstydzić; seksu pod kołdrę nigdy nie chowałam, bezpruderyjności również, ale w przypadku osób postronnych mam świadomość tego, że oczy innych niekoniecznie chcą oglądać. Dlatego jeśli chodzi o ową zasłonę na niektóre działania to często i gęsto są to gesty tylko w obrębie naszej dwójki: Jego i mnie. Paradoks biorąc pod uwagę ekshibicjonizm słowny w niektórych notkach osobistych na blogu. Ale... Czasem łatwiej napisać jak opowiedzieć, a później prościej opowiedzieć to, co zostało napisane. Jest kilka rzeczy które niezmiennie zawstydzają mnie w takim samym stopniu co parę lat temu. I chyba wątpię, żeby to się zmieniło.
Bo klimat traktuję jak wyzwanie; sztukę, w której mam określoną rolę do odegrania. Nie jest mi jednak niezbędny do życia - jest dobrze tak jak jest, ale jakby nie było - też byłoby dobrze. Jest wysoce prawdopodobne, że w równoległej rzeczywistości, przy osobie nieklimatycznej po prostu dostosowałabym się, nie mając potrzeby realizacji za wszelką cenę. Choć, oczywiście, to tylko gdybanie, bo życie bywa jak wredna i nieprzewidywalna sucz, która raz pozbawia skrupułów, a raz jaj. Czego ja bym została pozbawiona - tego nie wiem.
Mówiąc o zawstydzeniu wypadałoby jeszcze wspomnieć o chowaniu z powodu wstydu poważnych problemów za zasłoną. Wierzę, że nie o wszystkim da się powiedzieć od razu.... Ale tworząc małe państwo w którym pominie się parę cegieł w fundamentach, trzeba liczyć się z katastrofalnymi skutkami, wprost proporcjonalnymi do wagi tego, co za zasłoną zostało. I znowu, mogę odnieść jedynie do siebie - bywają w moim odczuciu pierdoły którymi dzielę się z Mistrzem przypadkiem. W perspektywie czasu natomiast, jedna taka pierdoła na ileś okazuje się być kluczowym puzzlem w całej układance. Do tej pory panuje u nas złota zasada, że nie mamy tematów tabu i uważam to za duże ułatwienie dla obojga. Są rzeczy, które za zasłoną czekają na właściwy moment, nigdy jednak tam nie pozostawały na zawsze.