sobota, 30 czerwca 2018

znaczki

Cały tydzień pracy fizycznej, więc wczoraj wyszłam sporo wcześniej z pracy (brak zajęć) żeby nadrobić trochę prac domowych. Po drodze odebrałam książki dla siebie i Biedronki, zakupy, córkę z przedszkola. Relaks niemalże, jeszcze mieliśmy odwiedzimy gościa, to czas zleciał w tempie ekspres.
Wszystko poszło zgodnie z planem do wieczora. Zdołałam odpocząć.

Wieczorem...
Sesja wyszła sama.
Po myciu podeszłam, usiadłam na kolankach, prosto. Przed Nim. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, wiedziałam tylko czego potrzebuję; a potrzebowałam trochę poczuć. Mocniej, bólu. Na moją miarę, odreagować.

Jeden kijek się złamał - a przecież nie uderzał z całej siły, choć uderzeń było mnóstwo
Po - pocałował po największych pręgach, a po tych rano już śladów nie było. Gorzej z piersiami, na które zapiął kilkanaście klamerek, plastikowych (nie lubię ich, wolę drewniane). 
France bolą. Wpijają się w ciało i mózg, świdrują go bólem - który zanika z pierwszym orgazmem i wraca na jego koniec, by podczas kolejnego orgazmu znowu zniknąć i już po - powrócić. Karuzela, w pewnym momencie niemal wszystkie klamerki spadły bo piersi za bardzo falowały. Zostały tylko te, po których, podczas ich zdejmowania zaczęłam płakać z bólu. I jestem Mu wdzięczna, że nie przestał tylko kontynuował - to jest kolejna zmiana w naszej relacji, gdzie po raz drugi nie przejmował się tym, że zaczęłam buczeć.. Ja tego chciałam, a On to wiedział.

Już po, zaprowadził mnie do lustra. Całe piersi w kółeczkach od klamerek - jak odciski pyszczków rybek, z gatunku tych gryzących. Rano ślady zostały - i jest to po raz pierwszy, nie licząc porządnych malinek, gdzie zostały jakiekolwiek znaczki na skórze.

W sumie pobudka tez była miła - powiem tylko, że po raz pierwszy w tym roku (i w sumie od nie pamiętam kiedy) wstałam o 10.oo :)


----------------------------------

setny wpis.

czwartek, 28 czerwca 2018

granice ulegania

To kolejna rzecz z tyłu głowy, do której dojrzewałam, żeby ją wyrzucić, a ostatnia, zamykająca ciąg myśli na temat nieprawidłowości klimatycznych. Mam teraz sporo czasu na przemyślenia, bo jestem na sezonówce i daję zajęcie swojej głowie (bo ręce i nogi pracują), rozmyślając, układając swoje rzeczy w pudełka. I rozmowa ze Wspaniałą Osobą mi pomogła bardzo dzisiaj.


Granice ulegania: miejsca, za którymi dla mnie siedzi patologia klimatyczna. Mam wrażenie, że im dalej w las - tym ciemniej a klimat stał się furtką na świat wszystkiego, co tylko zawiera jakieś odstępstwo od normy a dotyczy w choćby najmniejszym stopniu tego świata. To samo dotyczy osób - wszystko, dosłownie wszystko da się wytłumaczyć "bo obie strony tego chciały".  Nawet patologie. I jest to prawda, ale ogólna, bo racja tego stwierdzenia jest indywidualna, a z racją jest tak, że każdy ma swoją. Ja jednak skupiam się na tym, że, podobnie jak Wspaniała Osoba sądzę, że relacja klimatyczna od zwykłego związku różni się jedynie specyfiką, a podstawowe zasady współistnienia pozostają takie same jak w świecie pozaklimatycznym.

Ja sama mam takie granice, jasno wytyczone, jak i zasady których nigdy nie złamię, choćby nie wiem, co się działo. Są decyzje, które podejmuję spontanicznie, kocham nieprzewidywalność w codzienności, ale są takie decyzje, nad którymi dumam tygodniami rozważając wszystkie za i przeciw. I sa miejsca, w których nie ugnę się, choćby dla zasady - a Mistrz musi to uszanować, ponieważ jest to jakaś elementarna moja część.

Co jest dla mnie granicą ulegania:
- kiedy dominujący źle dysponuje uległą stroną - tylko dla własnych korzyści, zwykle kosztem strony uległej
- kiedy stawia przed nią zadania "nie do wykonania" z dupy strony, bo nie bierze pod uwagę jej granic, lub realnych możliwości, lub też tylko po to żeby móc >ukarać<, albo kiedy karze przy byle okazji, pod byle pretekstem, w zasadzie relacja to jedno wielkie karanie >za nic<, wyszukuje pretekstów do ukarania
- zmuszanie uległej strony do rzeczy których nie chce na zasadzie manipulacji (zawiedziesz mnie, nie jesteś dobrą suką, tym podobne). Jestem zdania że dobry i mądry Pan zna na tyle swoją uległą, że nie musi jej zmuszać w taki sposób do niczego - lub zmotywuje ją w dobry sposób
- wmawianie uległej stronie nieprawidłowych zasad pożycia w klimacie (zwłaszcza niedoświadczonym), bo tak ma być, bo tak wygląda klimat... A przecież klimat to praca dwóch osób, nie schemat
- wykorzystywanie strony uległej finansowo; pożyczki, uzależnienie finansowe, zarabianie na ciele strony uległej
- ukrywanie relacji rodzinnych, lub granie na "dwa fronty" bez informacji
- brak rozmowy
- stawianie uległej strony przed faktem dokonanym, bez uzgadniania z nią istotnych kwestii
- zasłanianie się istotą niewolnictwa na rzecz tłumaczenia powyższych działań - nawet niewolnik ma prawo do wyrażenia swojego zdania w sprawach rażących, odpowiednio uwarunkowana prośba ma zawsze prawo być wyrażona. Mam niestety wrażenie, że jak już oddanie całkowite, to uległa strona to nad-interpretuje i nic nie mówi - a jak nie mówi o problemie, to skąd dominujący ma wiedzieć, że problem jest.

Bardzo chciałabym, żeby uległe strony będące w relacji były świadome tego, że zawsze przysługuje im prawo do odmowy - i jeśli coś jest nie tak, nie zawahały się sprawdzić, co. Żeby nie bały się rozmawiać zawsze, nie dawały się zbywać. Żeby wymagały szacunku i same szanowały. Żeby nie robiły nigdy nic wbrew sobie - tylko z własnej i nieprzymuszonej woli.



poniedziałek, 25 czerwca 2018

trochę o pewności siebie.

W niedzielę było spotkanie w restauracji - pomyślałam, że może wypadałoby jakoś ładniej się zaprezentować, zwłaszcza, że spotkanie w większym gronie. Dodatkowy stres, ponieważ bardzo niekomfortowo się czuję w większej grupie... Jestem typem introwertyka, najlepiej czuję się u siebie w domu, najlepiej tylko Mistrz i dzieci.
Ale wracając.
Więc, żeby Mistrz był zadowolony, do zwykłego ubioru dodałam ładnie wykończone pończoszki (czarne, z zabudowanymi stopami od których z tyłu biegną paski ku górze wyszytej kwiatami, nad piętami aplikacja kwiatowa). Generalnie - mojej niskiej osobie dają +10 cm wzrostu i +100 do pewności siebie.
Ja po prostu lubię pończochy - wolę je od rajstop głownie przez większą praktyczność. Ale te konkretne dodają mi ... Po prostu pazura. Miałam wrażenie, że mogę wszystko. Że one po prostu zwracają uwagę - realnie czułam ukradkowy wzrok na sobie wielu osób, choć wierzcie mi, w typie modelki nie jestem. Ale uważam, że pewność siebie po prostu widać u danej osoby, a to z kolei przyciąga. Nie zawsze ktoś ma charakter przywódcy (Mistrz ma, ja najchętniej znowu wykonuję rozkazy). Ale jednocześnie Mistrz wymaga na mnie zawsze podniesionej głowy (jeszcze parę miesięcy temu dosłownie liczyłam szczeliny w chodniku!) oraz właśnie pewności siebie w działaniach i w sumie we wszelkich aspektach, gdzie można się wykazać w ten sposób. To dopiero wyzwanie, uczyć się tego.
Psychicznie - to praca na długie miesiące, ale efekty są trwałe. Zmienia się podejście do życia, do wielu spraw, zmienia się perspektywa patrzenia.
Fizycznie.... Czasem wystarczy jeden element ubioru.

Taka mała rzecz a cieszy. Trywialna wręcz, bo to w końcu tylko kawałek nylonu, odrobina wykończeniowego haftu. Pierdoła. Ładne buty. Kawałek skóry lub innego materiału. Czasem mniej widoczna, bo ukryta bielizna. Jakikolwiek inny element garderoby.
Naprawdę niewiele potrzeba, aby fizycznie dodać sobie trochę. 



sobota, 23 czerwca 2018

kiedy jest najgorszy możliwy moment?

Z przymrużeniem oka.

Miło się zaczęło.
Od przygotowania, czyli związania rąk i nóg (ręce do zasuwki w łóżku) i nałożenia opaski na oczy - moja rola tym razem polegała na milszym obejrzeniu odcinka przez Mistrza, który trochę pogniótł biust podczas. Moje uda były mokre (kocham wszelkie pieszczoty i "pieszczoty" piersi) ale jedyne co mogłam, to się powyginać na tyle, na ile pozwala ta pozycja. Na tak zwanego banana.
Ale wróćmy, cudowne zachęcenie, przygotowanie ciała pod dalsze miłe rzeczy, cudowny wstęp analny, dopięcie haka i takie skrępowanie, że musiał mnie ułożyć na plecach, bo nie byłam w stanie się ruszyć ani do góry ani do tyłu - pasek dopinający hak z tyłu i łańcuch z przodu dopięty do haka.
Pakunek idealny. Zrobił mi zdjęcie, to mogłam sama siebie zobaczyć; wpijający się w ciało łańcuch, ręce przypięte do kolczatki, nogi prościutko, łańcuch kończący się między wargami sromowymi.

Leżenie na plecach z hakiem jest super, dopóki nie zaciska się mięśni pochwy, co sprawia ból przypominający bolesne parcie. Anatomicznie bolesne w taki sposób, że wytrącający z rytmu niestety i musiał na chwilę przerwać.
Po wyjęciu, wrócił do miłych działań, masując łechtaczkę wandą przez oczko w łańcuchu, łańcuch dodatkowo niósł wibracje do ciała i kolczatki, która wibrowała w szyję i dłonie. Gniotło i kłuło, ale wszystko naraz - ciało przygotowane wcześniej, rosa z potu, odlot, oddanie. Nie widziałam Go, ale Go czułam tak namacalnie, jakbym była pod Jego skórą. Powietrze było tak ciężkie, że brakowało tchu, dodatkowo podduszałam się ciągnąć za kolczatkę.

Czułam Jego oczekiwanie na właściwy moment, aby wejść i zasiać spustoszenie. I kiedy ten moment nadszedł, był namacalny, nie mogłam dłużej wytrzymać, On również, kiedy świat zaczął wirować.

Dziecko wstało.

> urwał nać <

Najgorszy możliwy moment!
Znowu!

Już raz w kulminacyjnym momencie był rozpierdalacz tego typu, ale w środku. Przerwanie na końcu... Jest wredne. Frustrujące. Wkurwiające niesamowicie. Cała chwila, cały ten moment dosłownie pierdolnął o ziemię. Dobre dwie godziny na marne - bo nie było szansy na powtórzenie tej chwili. Jak każdej zresztą, bo każda jest unikalna, tkana zupełnie innymi przeżyciami.

Mówi się trudno, zakończenie było nie takie, jak powinno być... Ale tak bywa przy dzieciach, zwłaszcza małych.

Nie zawsze się uda idealnie.


środa, 20 czerwca 2018

skóra do skóry

Czas tulenia. Czas, w którym pragnę dotknąć Jego skóry, poczuć ją pod palcami, chłonąć zapach. Czas, w którym uważnie obserwuję wszystkie włoski na Jego ciele, wszystkie pieprzyki, wszystkie blizny, wszystkie bruzdy. Czas, w którym pragnę Go bardziej. Czas, w którym czuję łatwość zrzucania swojej własnej skorupy. Czas wyjątkowej bezbronności. 

Potrzebuję Go czuć. 

Stąpam po lodzie, za którego granicą jest coś, co jest wzburzone jak morze podczas sztormu. Nie mogę tego dotykać, choć mam to na wyciągnięcie ręki. Mam zakaz... Muszę się pochwycić Jego ręki, Jego zapachu, Jego głosu, żeby zwrócić się w Jego stronę, oddać ciszy i poczuć spokój, który nad owym lodem króluje. On jest moim kołem ratunkowym, kiedy czuję, że nie daję rady, kiedy mnie przerasta, kiedy znowu kolejny wrzask wpada pod lód. I tak idę po tym lodzie, za Jego zapachem, za pragnieniem przytulenia swojej skóry do Jego skóry, trzymając w ręku kamienie które, kiedy zajdzie potrzeba, znikną w tej wzburzonej otchłani.

W tym miesiącu czuję progres, spełniłam swoje założenie, spełniłam Jego założenie. Tylko tyle i aż tyle, a zajęło to dobre kilka miesięcy.

wtorek, 19 czerwca 2018

wspomnienie. #2 pierwsza sesja.

Wpadło mi dzisiaj do głowy, jak to wyglądało na serio po raz pierwszy (nie licząc zabaw i testów asortymentu) - i zastanawiam się, dlaczego tak niewiele pamiętam - lub nie chcę pamiętać.
Przede wszystkim podeszliśmy do tego już na "poważnie" zdając się na to, co Mistrz chciał i wpasowując się w schemat wyobrażeń o tym, jak taka sesja powinna wyglądać.  
Tyle tylko, że co mogło pójść nie tak, to poszło
To była męczarnia, która mogła przekreślić dalszą realizację. Jak sobie pomyślę o tym, to dochodzę do wniosku, że kierowała mną głownie ciekawość jak to będzie w roli uległej.
Skupię się na tym, co pamiętam.
Przede wszystkim - On niczego konkretnego nie planował, poszliśmy na spontan.
Wszystko naraz. Kajdanki - na rękach i nogach. Osznurkowane piersi, pod piersiami. Obroża i smycz, opaska na oczy (na początku). Klamerki na sutkach. 
Pierwsze polecenia. Pierwsze zadania: przejść, zatrzymać, się, zrobić określoną pozycję. Zrobić konkretne czynności Mistrzowi: pieszczenie penisa, masaż stóp. Odpowiadanie w określony sposób.
Pierwsze mocne wysmaganie (wtedy) niby pejczykiem, bolało kurewsko, mimo że to była niemal zabaweczka. Bolało, ale zacisnęłam zęby, bo myślałam, że właśnie tak ma być, choć mózg wrzeszczał, że nigdy więcej, że co ja tu robię, i dlaczego to MUSI być wplecione w klimat.... Że jeśli tak za każdym razem ma być, to ja tego nie chcę, nie lubię, boję się tego.

Wśród tych wszystkich zadań, które nakazał wykonać było jedno, którego nie wykonałam - 3 kółka po pokoju na kolanach (coś w stylu chodzenia na łokciach....), gdzie On prowadzi mnie na smyczy i pogania ręką. Mam je słabe, a przy mojej wadze po drugim kółku spasowałam, bo się bałam że się uszkodzę. Dostałam karę fizyczną za niewykonanie, którą ledwo zniosłam. Próbowałam tłumaczyć, dlaczego nie wykonałam, rozpłakałam się.  Wkurwił się, że nie powiedziałam wcześniej i tu byśmy pewnie przerwali, ale... Długo i szczerze porozmawialiśmy, uspokoiłam się.  Uzgodniliśmy, że kontynuujemy, ale już nie daje mi nic, co obciąży stawy.
Przywiązał moją głowę pasami do uda tak, że nie byłam w stanie zrobić nic poza głębokim (bardzo) gardłem. W międzyczasie klapsy. Klamerki ciągle zsuwały się z sutków.
Ostry seks. Bardzo ostre słowa. Szarpanie za włosy. Nie było więcej bicia. Podniecałam się bardzo. Zaczęło mi sprawiać przyjemność psychiczną mówienie do niego per Pan.
Dograliśmy się.
Po wszystkim - książkowa afterka i w sumie wspominam to z rozczuleniem, jak ledwo - ledwo czerwoną (choć bolącą) skórę na tyłku uparł się wysmarować kremem, żeby nie bolało. 

Dużo rozmów było również po tej sesji i wtedy uzgodniliśmy, z czego rezygnujemy, bo się nam zwyczajnie nie podoba, czego nie czujemy, które rzeczy odkładamy w czasie.
Jeszcze długo miałam wrażenie, że w jakiś sposób oszukujemy, że nie robimy wszystkiego, że przecież na forach króluje masochizm, że jestem wybrakowana. Dopiero spory kawałek czasu po tym wpadła mi w ręce mądra książka "inna rozkosz" i trafiłam na czat, gdzie Ktoś mnie uświadomił, że bdsm to sklep z towarami, z którego bierze się co chce - i że to normalne  "nie przejeść" wszystkiego. Jakby mi się oczy otworzyły. 
Mimo to uważam, że taka pierwsza sesja z dupy była nam potrzebna po to, żebyśmy mogli realnie się określić; że wszystkie błędy jakie wtedy padły, wyeliminowały kolejne w przyszłości. Wykonanie wszystkiego od razu perfekcyjnie i prawidłowo przez dwoje ludzi dopiero uczących się było niemożliwe. I nie da się wszystkiego naraz w sesję wcisnąć - a my chyba próbowaliśmy. 
Lipa straszna. I punkt do bedeesemowego CV.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

czy istnieją pseudosuki, czyli rozprawka o uległej stronie, dla odmiany

Obiecałam Anance, że subiektywnie odniosę się do jej wpisu ale komentarz wyszedł za długo..
Przede wszystkim, skoro założyłam wcześniej, że istnieją pseudodominujacy i  na co zwracałabym uwagę w takich przypadkach-to również wystąpią uległe osoby, na które być może trzeba uważać. Tak zwana równowaga w przyrodzie, ale również druga strona tego medalu. I nie chodzi mi absolutnie o osoby niezdecydowane, nieświadome, lub lubiące takie praktyki, które są powszechnie uważane za skrajność-niewiedzę zawsze można nadrobić, dowiedzieć się, zawsze pytać; praktyki zaś, to sprawa indywidualna. 

Pozwolę sobie na mały podział tak jak ostatnio.

Przede wszystkim manipulacja.
Uległa strona również może manipulować Dominującym na swoją własną korzyść, często ze stratą dla strony Dominującej. Można zgadywać, czy to wtedy faktycznie relacja Pan/uległa, bo wychodzi na to, że to uległa jest stroną dominującą. Ale analogicznie, Dominujący może się nagiąć pod wpływem. Dobrze, jeśli robi to świadomie i widzi w tym korzyści dla obu. Gorzej, jeśli nagina się i nagina a i tak ostatecznie zostaje porzucony i z niczym, bo okazało się, że to była tylko "zabawa". Oczywiście można podywagować, który Dom zgodzi się na wszystkie warunki uległej strony, kiedy to On powinien wyznaczać kierunek-zakładam jednak, że to kwestia wspólnych ustaleń.

Przede wszystkim "tylko zabawa".
Strony uległe podchodzące do Dominujących bez szacunku-i nie mówię tu o szacunku jak do Pana ale ogólnym szacunku jako do człowieka. Często uległa strona gra na wiele frontów do niczego nie świadomych (a zwłaszcza wzajemnej obecności) Dominujących. Bawi się ich zaangażowaniem, nierzadko uczuciami, porzuca bez słowa wyjaśnienia. Niepoważne traktowanie, raz jest obecna, raz jej nie ma. Jest jednak wtedy, kiedy to jej pasuje, nie lubi się dostosowywać, bo robi co chce.

Przede wszystkim robi co chce.
Istota relacji to zwykle wtedy abstrakcja, uległa strona robi to, co chce i ulega w sposób w jaki chce. Nie daje się podporządkować Dominującemu, bo nie. Myślę, że negowanie zakazów i poleceń jest na porządku dziennym, kłócenie się o niewykonanie czegoś bo nie również. Rozumiem sensowne powody niewykonania zadania/polecenia, ale takie stawianie się dla stawiania... Owszem, są osoby w typie urwisa. Ale tu urywa się istota uległości na rzecz nawet nie wiem czego. Zabawy? Gry?

Przede wszystkim kasa.
Dla pieniędzy zapewne wiele się da. Ale co innego inwestycja w uległą stronę z korzyścią dla obu stron, a co innego "cennik usług" uległej przed czy po sesji. Lub naciąganie na kasę. Wiem, są różne sytuacje, nie każdego puszcza wywalenie kilku stówek np na gorset (mnie na przykład nie puszcza). Ale nudzenie o pieniądze uważam za nie na miejscu. Owszem, można przecież poprosić Dominującego, żeby kupił to czy tamto. Ale typowe dojenie-nie. Jakkolwiek to nie nazywać, ciśnie się tylko jedno określenie.

Przede wszystkim matactwa.
Kręcenie i kłamstwo nigdy jeszcze nikomu na dobre nie wyszło-można by wysnuć teorię, że uległa strona która wymyśla wymówki nie jest w ogóle zainteresowana. Kłamiąc o tym że jest wolna-podczas gdy ma na przykład męża? Nie wiem, po co. Nie mam pojęcia, dlaczego nie może zachować się jak dojrzała osoba i prosto się określić: albo tak albo nie.

Przede wszystkim moda.
Są filmy czy książki, które części osób otworzyły oczy na to, co odczuwały-a nie potrafiły określić, zaczęły szukać i się spełniać. Są jednak takie, które po obejrzeniu (wybaczcie) "50 twarzy" myślą, że świat bdsm jest fajny i milusi a Dominujący zawsze leciutko paca po pupce i generalnie idzie na ustępstwa, da się Go łatwo zmienić, ma kasy jak lodu... Prawda bywa brutalna, życie szare i rzeczywiste, a pacnięcie po  pupce-choćby i delikatne-czasem  boli jak ja pierdolę.


Tą serię według mnie wpuszczono na rynek tylko po to, żeby trochę ruszyć popyt w niszy erotycznej. Nie mogę oprzeć się takiemu właśnie komercyjnemu wrażeniu. Ale co kto woli... Plus jest taki, że jest obecnie niesamowicie różnorodny (również cenowo) asortyment w różowych sklepach :)


Dobry Dominujący.
Tak jak wiele znanych mi osób uważam, że dobry Dominujący wyraźnie wyczuje na odległość z kim ma do czynienia-oraz wszelkie nieprawidłowości ze strony uległej i po prostu w to nie wdepnie. Są tacy, którzy walczą mimo to, z wielu przyczyn-ale jeśli uległa nie robi postępów, to relacja w pewnym momencie stanie w martwym punkcie. Tak ważna jest współpraca obu stron-jeśli tylko jedna strona się stara to znowu, martwy punkt.


Dobra relacja to naprawdę ciężka praca, obu stron, cały czas. Bo obie strony się rozwijają, dopasowują bardziej, znają swoje granice, ufają sobie wzajemnie, są ze sobą szczerzy na tyle, na ile powinni być ze sobą szczerzy. I odnajdują się w swoich własnych rolach.

niedziela, 17 czerwca 2018

15 minut

Pojawiło się zwierzę w pełnej krasie.
Było duże, włochate. Żądne wszystkiego. Idące jak taran. Przed siebie, nie baczące na nic-wszelkie zakazy i prośby po nim spływały jak deszcz. Zwierzę niosło na plecach ciemność-zaczynało się tam, gdzie ona się kończyła i na odwrót-miało koniec tam, gdzie ona swój początek.
Zaatakowało.
Moje zwierzę nie miało szans, ale próbowało walczyć, stawiać barykady. Szybko jednak odpowiedziało oddaniem się. Bez walki. Pokornie. Posłusznie. W całości. Wyło, zmuszane do roztapiania się. Nie miało władzy nad ciałem ani umysłem, bezwolnie kołysane Jego siłą. Jego rozkazem. Jego wolą.
Mokro. Bardzo mokro. Wstyd, że znowu. Że nawet nie czuło, jak się roztapia jeszcze bardziej. Że zdradzało to, jak bardzo poleciało.

Zatopił się we mnie, całym sobą, z całą mocą i całą ciemnością jaką niósł. A ja tak po prostu się poddałam... W zaledwie 15 minut.

piątek, 15 czerwca 2018

czwartek, 14 czerwca 2018

jeden z powodów, przez który się nie rozumieliśmy

Niedawno mi to uświadomił, a ja zdałam sobie sprawę z własnego  niezrozumienia tego, co On oferuje a tym, co myślałam że jest i czym powinno być. Przede wszystkim, dałabym sobie po mordzie za to "powinno być" ale mam zakaz. No i to nie jest moja rola, że sama sobie.

Był czas, ze zarzucałam Mu, że jest mało stanowczy, niekonsekwentny.

To było jak włączanie wielkiego i czerwonego guzika, który z kolei odpalał najgorszy z możliwych trybów a te rozmowy zwykle kończyły się karą dla mnie. 
Myślałam, że przy najdrobniejszej przewinie już będzie kara (bo powinna być, skąd miałam takie przeświadczenie-pewnie za dużo się naczytałam) i zwyczajnie nie rozumiałam, kiedy tej kary nie było-lub w moim odczuciu była za łagodna. Miałam wrażenie, że w jakiś sposób oszukuję-nie wiem, skąd się to wzięło ale odruchowo dążyłam do tego, aby jednak ta kara była.... Miałam również wrażenie, że Mistrz mi odpuszcza, że za bardzo mi folguje, że to nie tak powinno być, bo w końcu Dominujący powinien być konsekwentny. Owszem, powinien być. Ale w związku, gdzie widzimy się codziennie, zwyczajnie się nie da cały czas utrzymywać konsekwencji i są miejsca, w których się odpuszcza z różnych przyczyn-lenistwa, braku konieczności, braku winy (mimo, że ja sądziłam inaczej, ale moje zdanie mogę sobie zwinąć w takim wypadku i wsadzić w.. ). W naszym jednak przypadku zwyczajnie się nie da. Co nie znaczy, że nie ma dyscypliny. Po prostu nastąpiło dopasowanie i wyciosanie elementu idealnego. A dyscyplina-nie zawsze jest fizyczna, u nas jest to głównie psychiczna cecha.

Po drugie-Mistrz stwierdził któregoś razu że to zakrawa na hipokryzję kiedy On wymaga danej rzeczy ode mnie, a sam się tego nie trzyma. Że byłoby to niesprawiedliwe wobec mnie. I że są rzeczy, które powinniśmy robić wspólnie, niezależnie od czegokolwiek.

Po trzecie-nie rozumiałam tego i próbowałam sama siebie dyscyplinować (z miernym skutkiem) lub samokarać (co włączało jeszcze większy, czerwony przycisk i zwyczajnie odpalałam turborakietę w kierunku "ooo, to masz teraz przejebane"). Tego również nie rozumiałam, ale wtedy  powiedział mi właśnie coś takiego, przez co stuknęłam się w czoło na swoją własną głupotę w tej kwestii.

Wszystko co robi, zamyka się w prostym stwierdzeniu. I jeśli ma takie życzenie, bądź taki kaprys, czy po prostu taką wizję-to nigdy nie jest to ze szkodą dla mnie, mam się dostosować i nie dyskutować.. Zadziwiające, że ufam Mu  w sytuacjach zagrożenia życia, a wyszła nagle ignorancja na taką podstawę.... Ale oczywiście szukałam dziury w całym i drążyłam, często całkowicie niepotrzebnie. 
Każdy zapewne ma swoje zasady a my mamy swoje własne.
Nie każda przewina będzie karana, są rzeczy poważne i są pierdoły. 
Przed każdą karą-dostaję ostrzeżenie, lub nawet dwa ostrzeżenia. 
Kara jeśli już jest, zawsze bardzo boli, albo ciało albo mózg. 
Długość kary zależy ode mnie (tylko fizyczne to wyjątki).
Jest szansa, że obchodzimy się bez kary, bo wystarczy surowa i szczegółowa rozmowa. 
W ciągu tych nieco ponad dwóch lat miałam tylko parę kar. Ale z takim skutkiem, że pamiętam je boleśnie do tej pory....
Mistrz ma swój własny system, który dopiero teraz zrozumiałam.


środa, 13 czerwca 2018

moja fantazja (do zrealizowania) #7

Zaarezerwowałeś piwnicę klimatyczną.

W końcu! Wszystko było odpowiednie; czas, pora, miejsce, nastawienie, możliwość. W dodatku całkiem blisko miejsca w którym mieszkamy.... Cała noc tylko dla nas, ale spokojnie.
Najpierw wydałeś dyspozycję jakie zabawki pakujemy, w co mam się ubrać, co zabrać do ubrania, co zabrać do picia. Włożyłeś jajeczko sterowane, nakazałeś ubrać majtki i sukienkę nad kolano.
Przed nami była jednak lekka kolacja-zabrałeś mnie do cudownego, nastrojowego lokalu (takiego z czerwoną cegłą i świecami) z naprawdę dobrym jedzeniem, gdzie w trakcie pod stołem zacząłeś dotykać mojego uda i podszczypywać brzeg majtek. Wibracje w cipce nie ułatwiały zachowania powagi. W pewnym momencie podszedł do nas kelner-nie przerywając dotyku rozmawiałeś z nim jak gdyby nic się nie działo... Tak mała granica dla wzroku obcych-blat stołu, pod którym coraz bardziej i bardziej chłonęłam chciwie dotyk. Czułam że dłużej w miejscu nie usiedzę, majtki nabrały wilgoci. Biodra trywialnie chciały się poruszać, ale kelner, ludzie, szum. Czułam jednak, że mocno się rumienię-pewnie o to Ci chodziło.

Zapłaciłeś, wychodzimy. 
Po drodze szybki rzut oka w obie strony i na chodniku nakazałeś mi oddać majtki. Oddałam-całkowicie nie przejmując się jadącymi autami, ktoś zatrąbił. Było ciemno, na chodniku pojedyncze osoby po drugiej stronie, pędzące w sobie tylko znanym kierunku. Dalej w końcu byłam w sukience, choć z jajeczkiem i czułam, jak wszystko zaczyna ściekać mi po udach w dół, zatrzymując się na koronce z pończoch.

Podeszliśmy do miejsca docelowego spacerem, powoli, nie spiesznie. W środku formalności, więc mogliśmy zejść schodkami w dół. 
Ciężkie, wielkie i drewniane drzwi z bogato zdobioną klamką. Tyle zobaczyłam, zanim nałożyłeś mi opaskę na oczy i do nich przycisnąłeś, drugą ręką przekręcając klucz w zamku.




Ciemność-a jednak z jakiegoś powodu miałam wrażenie, że jest niezwykle jasno, że jest mnóstwo światła, że widzisz zdecydowanie więcej. Chciałam z odruchu skulić się w sobie, ale nie pozwoliłeś, podciąłeś mi nogi żebym klękła, gdzieś przy policzku poczułam główkę penisa.
Szur zamka i charakterystyczny ciszy szelest sznurków. Podciągnąłeś mnie do góry. Wyszarpałeś ze stanika i z sukienki. Ręce z tyłu, obroża. Przywiązałeś je do obroży, więc musiałam się skupić na tym, żeby się nie podduszać ich opadem do tyłu. Knebelek hakowy na rozwarcie ust.  Hak w tyłku dołączył do rąk i oto znowu musiałam wygiąć się w łuk.... Kolejna lina chyba poszła do sufitu, bo poczułam względną stabilizację stojąc. 

Z pewnością wyglądałam w swoim mniemaniu jak pokrak, wygięta, śliniąca się, na pewno czerwona. Na udach zawiązałeś ostatnią linkę-a do niej dowiązałeś wandę. W taki sposób, że jakkolwiek bym się nie odgięła-ciągle była tak, że orgazm przyszedł zdecydowanie za szybko. Kolejny, kolejny, kolejny.
Słyszałam ciche skrzypnięcie pomiędzy swoimi jękami, prawdopodobnie usiadłeś. Chyba odkręciłeś butelkę, za chwilę wyjąłeś szklankę i usłyszałam bulgot jakiegoś trunku.
Kolejny, kolejny. Miałam dość, szybko byłam na swojej granicy-pod murem, który dzisiaj ciągle przeskakuję, a za nim kolejne i kolejne.
Usłyszałam pstryknięcie aparatu.  Kilka kolejnych, kiedy próbowałam powstrzymać piszczenie orgazmowe. Ale się nie udało.... Uda mokre od wydzielin z pochwy. Biust mokry od śliny. Głowa mokra od potu. Dodatkowo wszystko się wpijało i uwierało, Ty jednak robiłeś sobie zdjęcia i spokojnie piłeś coś ze szklanki. Chyba skończyłeś, bo wstałeś. Coś pstryknęło cicho. Podszedłeś do mnie... Wyłączyłeś wandę. Uniosłeś mi głowę za brodę ciut do góry i splunąłeś w usta.
Whisky.
Czułam, jak piecze mnie język. Jak szczypie skóra, która była mokra i spocona. Powoli odpiąłeś wandę. Wyjąłeś hak.

Uderzenie rzemieniami. Jedno, drugie, kolejne. Nie liczyłam, głowa eksplodowała. Z bólu, z przyjemności. Orgazm od jajeczka, które teraz plasnęło o ziemię. I tak długo go zaciskałam w cipce.... Przeszłam w stan przedorgazmowy, który trwał i trwał; wiedziałam że kiedy wejdziesz dojdę od razu, długo, mokro i pewnie będzie on trwał dopóki nie skończysz. Ty jednak niespiesznie rozpalałeś mi skórę coraz bardziej od uderzeń. Kiedy w końcu skończyłeś, rozluźniłam się. Byłam gotowa na zbliżenie-ale odpiąłeś mnie z haka, rozwiązałeś. Zdjąłeś opaskę-i zanim oczy przyzwyczaiły się do półmroku poczułam Twoją spermę na powiekach. Zapiekło, zawstydziło, rozczarowało-że nie w cipce.
Ale to szybko przeszło, kiedy powoli zaprowadziłeś mnie pod prysznic. Pomogłeś umyć letnią wodą. Osuszyłeś skórę, która była czerwona, gdzieniegdzie biegła czerwona podcięta krwią linia.
Położyliśmy się na łóżku. Pokazałeś mi zegarek, minęło ponad 5 godzin.
Że co? Że niby ile? Najważniejsze-kiedy do cholery? 
Związałeś mi nogi w lekkie supły "do spania" żartobliwie stwierdzając, że ewentualne siku będę udawała kangurka. Nie pokazałeś mi jednak zdjęć. Położyłeś się obok, szybko zasnąłeś. Jakoś przytuliłam się do Ciebie i odpłynęłam, chyba ze zmęczenia.

Nie wiem, ile spałam ani która jest godzina teraz, ale obudziłam się, kiedy zacząłeś się we mnie ruszać coraz mocniej i mocniej. Nie bardzo było mi jak nóg przenieść, bo dalej były związane. Widziałam po Tobie, jak dochodzisz (więc pewnie dłuższy czas używałeś mnie na śpiąco...). Dopiero wtedy mnie rozwiązałeś. 
Nakazałeś prysznic i ubranie się w ciuchy na zmianę. Obolała i zdezorientowana-nie wiedziałam że aż tak, wyszliśmy na zewnątrz. Środek dnia... A może poranek? Nie wiedziałam, czułam jednak, że jestem niesamowicie głodna, chyba Ty również, bo weszliśmy do pierwszej z brzegu knajpki. W trakcie oczekiwania na jedzenie podałeś mi aparat do ręki.
Włączyłam, i...

Kelnerowi zadrżała ręka, kiedy podawał mi szklankę z herbatą. Wysoce starał się patrzeć wszędzie, byle nie na mnie, a tym bardziej na mnie na tym małym ekraniku aparatu-gdzie mokra, zarumieniona i naga, tak całkowicie dobrze oświetlona (jednak było mocne światło) zatrzymałam się w kadrze gdzieś pomiędzy krzykiem a piskiem. Gdzie linki wpiły się w ciało tak, że powoli zaczynało sinieć, uda mokre tak, że lśniły. A Ty uśmiechałeś się obrócony do okna.

No cudnie :)



wtorek, 12 czerwca 2018

wspomnienie. #1 zabawki.

Pamiętam doskonale każą zabawkę, jaką kupiliśmy wspólnie.
Pamiętasz? Pierwszą rzecz jaką wspólnie kupiliśmy, pamiętam szczególnie, bo była to pierwsza nasza wizyta w sexshopie. Młodziki, ile mieliśmy wtedy lat? W dodatku nie wiedzieliśmy, że takie sklepy mają ofertę online.
Niebieski, prosty (dzisiaj już wiem, że analny) wibrator. Mam go do tej pory, chociaż ostatnio "wcięło" go gdzieś między rzeczy i nie mogę znaleźć... Ale znajdę-mam do niego sentyment, zwłaszcza że tyle lat intensywnie eksploatowany i dalej nie zawodzi.
Pamiętam pierwsze "testy", jak nie wiedzieliśmy w jaki sposób się nim dobrze obsługiwać. Ile przyjemnych tygodni nam zajęło ogarnięcie tej jednej prostej funkcji. Jak ostatecznie stwierdziliśmy, że najlepiej sprawdza się jako masażer łechtaczki-i wędzidełka, bo używaliśmy go wspólnie. Ile nagle stworzył możliwości, ile kasy poszło na baterie ;)

Następny dołączył dildos żelowy-również niebieski-pod kolor pierwszego, żeby była parka. Do zabaw w wodzie, bo mnóstwo czasu spędzaliśmy wtedy w wannie i pod prysznicem.
Późniejszy czas to był czas wielorazowych prezerwatyw-zabawne i często boląco drażniące raz większe, raz mniejsze wypustki.  Dokładne czyszczenie i suszenie tego to był hardkor, ale warto było. Później testowaliśmy nakładki na penisa, mocno zainteresowani wydłużeniem stosunku seksualnego (jakby już wtedy stosunki 2-3 godzinne nie były wystarczająco męczące, zagadnienie seksu tantrycznego rozpalało jednak nasze zmysły).
Kolejny wibratorek, dla odmiany tzw ladyfinger z wypustkami-kupiłam go przy okazji szukania erotycznego prezentu dla koleżanki. Mały ale wariat, ideał na łechtaczce z tymi swoimi wypusteczkami, bardzo go lubiłeś.

Następny był zestaw na rocznicę, którym mnie zaskoczyłeś. Bo owszem, rozmawialiśmy na TEN temat... Ale... Ale.
Kajdanki, nibypejczyk, sznurek, zaciski na sutki, opaska na oczy. Smycz, obróżka. Knebelek. Kulki gejszy na sznurku. Porządny, choć nie typowo skórzany. Mimo to, niemal wszystko służy do tej pory... Niby zabawa, a zupełnie inny świat. Pamiętam pierwsze wypróbowanie, wykorzystałeś wszystko co przyszło tylko po to, żeby mnie w to "ubrać" i podziwiać. Nie widząc Cię, czułam miejsca, na których się zatrzymałeś, czułam jak krążyłeś, dotykałeś, poznawałeś.
Później po kolei sprawdzaliśmy dane elementy. Reakcje, konfiguracje. Co z czym, w jaki sposób.Wpadliśmy do błękitnego, przejrzystego oceanu możliwości i nie chcieliśmy z niego wychodzić.
Kolejny dołączył wibrator rotacyjny (te słynne filmowe obracające się w kółeczko żelowe penisy) lekki niewypał, jak dla mnie przerost formy nad treścią.... , korek analny (taki dla początkujących), żelowe koraliki analne (niewypał! niewypał! masakra!), parę pomniejszych rzeczy, które nie są warte wspomnienia. A później już z górki...

Klamerki drewniane, świeczki z wosku pszczelego. Strecz. Wanda (magicwand), kolejne kulki, wibrujące jajeczka, pierwszy szklany dildek i szklane analne korki. Trzepaczka. Hak, knebel rozwierający, kolejne sznurki. Elektrostymulator. Znowu szkiełka, ogonek. Kijki. Rzemienie. Znowu sznurki, aż w końcu gruba i porządna smycz, i kolczatka.

Na wish liście wisi obecnie parę cudów-ale nie wszystko naraz. Największa satysfakcja płynie z czasu, jaki poświęca się danemu przedmiotowi, by odkryć jego wszystkie możliwości. Obecna wspólna kolekcja pewnie jest imponująca, ale to jeszcze nie koniec.

Z sentymentem wspominam nasz wspólny pierwszy zakup mimo wszystko ;)

A wpis powstał również jako odpowiedź na częste pytanie z jakim się stykam-jaka zabawka najpierw.  Gdybym miała się cofnąć w czasie-to dalej jako pierwszy nabyłabym wibrator. A jako drugie kulki gejszy i wibrujące jajeczko plus mały analny korek. Takie małe rzeczy, ale skutecznie urozmaicają i stwarzają naprawdę wiele kombinacji ich użycia.





nie ma już Pana.

Małe zmiany w używanym słowie.
W sumie już kilka dni trwa ta sytuacja, ale w końcu coraz łatwiej mi mówić inaczej.

Nie używam już "Pana".

Mam Mistrza. 
Lub po prostu M.

Ponieważ ma piękne imię i uwielbiam je wymawiać.
Ponieważ pozwolił na taką zmianę.
Ponieważ coś się zmieniło i słowo pan w moich ustach brzmi za słabo.
Ponieważ On jest zdecydowanie kimś więcej jak tylko Panem.
Ponieważ wiele mnie nauczył-i uczy, i będzie uczył.
Ponieważ mnie prowadzi do przodu, często podnosząc kiedy trzeba.
Ponieważ obecnie to określenie najbardziej pasuje.
Ponieważ zmienia mnie tak, jak sama  tego chcę.
Ponieważ sami tworzymy swoje zasady.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

przyjemności

Ostatnie 3 dni trochę się rozminęliśmy z różnych przyczyn-moje zmęczenie, praca, spotkanie, wyjazd rodzinny, obowiązki domowe. I tyle nam wystarczy, żeby poczuć niedosyt. Wspomniałam przy Panu, że fajnie by było wspólną kąpiel wziąć, bo ciągle tak wszystko wieczorem na szybko, dobrze by było na chwilę się zatrzymać...

I naszykował. Pachnąca wodę z kulą do kąpieli. Wannę mamy małą, więc musimy się zwykle mocno poprzytulać żeby wejść oboje-ale czego się nie robi dla takich chwil ;) Tradycyjnie po chwili trzeba było z wody wyskoczyć, bo dziecko się przebudziło-ale kazał mi zostać w wodzie, bo On to ogarnie.
Wrócił szybko.
Relaks. Rozmowy. Żarty. Czułości. Plany. Zaspokojenie potrzeby bliskości-taki dziwny czas mam, że nie pomyślałabym o niczym więcej. Ale poprosiłam o pobudkę rano, która była baaaardzo miła. I udało się zjeść wspólne śniadanie.
I od razu jakoś tak dzień jest przyjemniejszy.



czwartek, 7 czerwca 2018

patologia w klimacie czyli rozprawka o sile jednego słowa

"ludzie mają wrodzony talent do wybierania właśnie tego, co dla nich najgorsze"


Jak zawsze-subiektywnie. Bo obiektywizm w tym przypadku.... Pewnie niejednemu by włożył kij w pupę, a nie o to chodzi. Poza tym-nie mam najmniejszej ochoty oceniać kogokolwiek w sensie dosłownym czy pouczać-chodzi mi raczej o wyrażenie zdania na ogół, zauważenie paru być może ważnych rzeczy. To jest coś z tyłu mojej głowy, wstępny wynik mojej obserwacji danego rejonu tego świata, którym chciałabym się podzielić, być może zmusić do refleksji, możliwe że wyczulić. Bo jestem obserwatorem-zauważam, analizuję, uwielbiam czuć emocje słowa, czy czytać między wierszami-zwykle tam w słowie pisanym czai się najwięcej człowieka, który dane słowo wyrzucił z siebie. Czasem są słowa tylko wyrzucone, pozbawione sensu-ale nawet wtedy wyrzucone zostały po coś.

Wahałam się nad tym wpisem naprawdę długi czas. Ale wiecie jak to jest, "czara goryczy się przelała", pozwolę sobie również rozwinąć myśl byćPanem.

Przede wszystkim zacznę od wyrzucenia na chwilę określenia klimat.

I bach, mamy całą (naprawdę sporą) grupę ludzi o niecodziennych, innych upodobaniach. Często margines społeczny, dewianci, inni po prostu, odrzuceni przez większy ogół. Na pewno się spotkaliście z definicją bdsm wyrażoną przez zwykłego Kowalskiego ;)
Brutalność. Przemoc. Rozwiązłość. Zboczenie. Obrzydzenie. Bleh. Wszystkie kary na ciebie pójdą. I spłoniesz na stosie za te seksualne herezje.

Większość takich opinii zapewne wynika z pruderyjności lub/i nieznajomości tematu. Ich sprawa, nie każdy będzie rozumiał ideę oddania się w Dominację/uległość. Zaledwie minimalny odsetek osób, nawet będących w klimacie, zrozumie prawdziwe piękno lin i dojrzy wszystkie ich możliwości. Ułamek zrozumie istotę CNC. Wiadomo również, każdy ma swój własny świat, definicje, idee, normy. Ponieważ absolutnie niemożliwe jest umieć wszystko. Ciężko również o bardzo dokładną i konkretną definicję.
Wracając, odnaleźliśmy się w klimacie, gdzie nikt nie ocenia nas jako wyrzutków przez to, co robimy-ponieważ dla każdego (w tym świecie) jest to swoista norma. Są oczywiście ekstrema tego świata, jak i swego rodzaju "celebryci", wracam jednak do twierdzenia, że skala jest naprawdę szeroka i zdaje się nie mieć końca. 
Sedno sprawy, że normą zwykło się tłumaczyć wszystko jak leci a co dotyczy klimatu choćby z nazwy. Granica jest cienka i rozmyta, ale są sytuacje, które nie powinny mieć miejsca.

Przede wszystkim manipulacja.
Chyba najciężej ją udowodnić, bo w końcu obie strony się zgadzają, więc co to za czepianie się.... Owszem, super jak obie strony chcą świadomie. Jest różnica pomiędzy zachęcaniem uległej jawnie do zrobienia czegoś, tłumaczenia jej po co, i taki dalej gdzie uległa faktycznie chce to zrobić, bo taką ma potrzebę a Dominujący tą potrzebę wyciąga i prowokuje do tego. Jest cierpliwy, powoli rozwija uległą, pomaga jej, potrzeby są wspólne.
Manipulowanie nią jednak tak, żeby robiła wszystko mimo tego że nie chciała, ale potrzeba została już stworzona, jest zwyczajnie oszustwem. I pomimo że teoretycznie super, obie strony znowu chcą, to jednak uległa robi wszystko, bo chce sprawić mu radość/wypełnić zadanie/zmierzyć się sama ze sobą. Często i gęsto swoim kosztem, nie bacząc na konsekwencje, nie myśląc do przodu co będzie po... Ciekawi mnie, czy gdyby siadła na spokojnie i to rozważyła, czy sama z siebie by się zgodziła. Chwała tym, które naprawdę świadomie się realizują.
Tym gorzej dla Dominującego, że nie jest w stanie przekonać uległej, tylko ucieka do manipulacji, przyspiesza proces zmian, niemal zmusza do decyzji wmawiając uległej, że to jej własne zdanie.
Ale co w przypadku, gdzie uległa, mając swoje własne wewnętrzne zasady łamie je dla Pana, bo chce się tak bardzo dostosować? Rozumiem, dlaczego to robi. Ale nie rozumiem zmiany na siłę, zmuszenia do zmiany uległej. Kształtowanie jej od podstaw wyrzucając jej własną istotę i stworzenie tworu-tak jakby zakażał uległą dziwną chorobą, która już zostanie z nią zawsze. Nie da się bowiem pozbyć wspomnień i przeżyć, nie da się również cofać czasu.

Przede wszystkim pseudo.
Niejeden opisał to zjawisko tak obszernie, że aż boli. Żeby się przekonać o czym mowa-wystarczy wejść w pierwszy lepszy portal z ogłoszeniami towarzyskimi i poszukać pod hasłem >szukam suki<.
Niestety jakimś cudem pseudo wylało się również tam, gdzie nie powinno. Pseudo dominujący masterzy których definicja dominacji opiera się na seksualnym wykorzystaniu w udziwniony sposób. Im dziwniejszy, tym bardziej. Brakuje spełnienia potrzeb strony uległej, która jest tylko workiem na spermę. Na pewno jest jakiś odsetek osób które szukają właśnie tego-całkowitego poniżenia i zeszmacenia, ale nawet wtedy takiej osobie należy się szacunek. Nawet jeśli strona poddana go nie chce, to szacunek dla strony należy się choćby właśnie za sam fakt tego, na co się zgadza.

Przede wszystkim niewłaściwe dysponowanie ciałem.
Wszelkie źródła podają, że jest to jedna z częstszych praktyk, gdzie Dominujący oddaje uległą stronę w używanie komuś innemu, sprzedaje ją lub dysponuje jej ciałem w inny sposób; jeden z najwyższych dowodów oddania Panu.
Zawsze zastanawiało mnie, skąd taka potrzeba się bierze. Czy sama od siebie czy z tego, że inni tak robią? Jeśli sama od siebie-szacun. Naprawdę, szacun, bo to znaczy że obie strony faktycznie chcą się sprawdzić, jest to tylko i wyłącznie ich własna potrzeba. I szacunek do własnego ciała. Cała reszta praktyk, gdzie Dom oddaje bo tak, bo dla jaj, albo żeby tylko sprawdzić reakcję... Nie podoba mi się. Ponieważ w razie rozejścia się, to uległa strona żyje ze świadomością tego, co ją spotkało a były pan zostaje w białych rękawiczkach. Dlatego uważam, że takie decyzje powinny zostać podjęte mądrze i naprawdę przemyślane.

Przede wszystkim nie zawsze 2+.
Panuje jakieś durne przekonanie, że im więcej tym lepiej i że cały klimat sprowadza się do 2+. Ja nawet kiedyś pisałam, że monogamia w klimacie zdaje się być fetyszem. Była również notka o moim osobistym podziale, warto z przymrużeniem oka się zapoznać.
Owszem, to tylko jedna z wielu dróg, jaka można kroczyć, ale nie cel wszystkiego. Absolutnie nie zgadzam się z tym, że koniecznie w relację 1+1 koniecznie musi wejść ktoś jeszcze (czy przez kolejną uległą, czy oddanie, czy cokolwiek innego). Wszystko opiera się na potrzebach, ale jak słyszę wmawianie i namawianie, bo inni tak robią....
Prosta piłka-nie czujesz tego, idziesz szukać szczęścia gdzie indziej choćby było fajnie dotychczas. Nie każdy jest stworzony do życia w stadzie, nie każdy lubi się dzielić. Nie każdy ma również taką potrzebę, choć w przypadku dominujących mężczyzn zapewne ilość kobiet pod nim świadczy o jego sile i doświadczeniu.

Przede wszystkim nadmierna zaborczość.
Są relacje w typie TPE ale mi chodzi głownie o nadmierną kontrolę i zaborczość mimo całkowitej kontroli. Jestem zdania, że nawet będąc całkowicie na łasce pana nadmierna zaborczość potrafi wykończyć. Ciągłe podejrzenia, doszukiwanie się braku lojalności prowadzą do utraty zaufania i rozpadu. I pół biedy, jeśli rozejście następuje, gorzej jak relacja trzymana jest na siłę.

Przede wszystkim ustalenia.
W dowolnym momencie można je zmodyfikować, bo zakładam, że każda dobra relacja zwyczajnie się rozwija, i czasem część ustaleń jest niewystarczająca/nieaktualna. Tak samo ze zgodą na coś-można w trakcie ją dać/cofnąć. Mimo to, często z niewiedzy, czasem uległa jednostka godzi się na coś, próbuje tego i wie, że to nie dla niej, ale robi to dalej, bo skoro dała radę raz-to da więcej razy. Dlatego taka ważna jest rozmowa chociażby o pierdole-ale czasem od takiej pierdoły może zacząć się psuć.

Przede wszystkim niedojrzałość.
Jakakolwiek relacja opierająca się oddaniu w ręce dominującego-wymagają od takowego dojrzałości i nie ma to absolutnie nic wspólnego z wiekiem. Naprawdę, nie jestem pewna, czy nie jest to jeszcze gorszy typ od pseudo. Bo chcieć a móc (niekoniecznie umieć, bo są techniki i rzeczy których trzeba się nauczyć-nierzadko przez ileś miesięcy) to dwie różne rzeczy. To odpowiedzialność za drugiego człowieka, granie nim-często na krawędzi. Powierzenie nierzadko zdrowia i życia w czyjeś ręce. Trzeba to mieć w sobie, dojrzale podejść nawet jeśli nie wyjdzie, nie obrażać się, być drogowskazem dla siebie i uległej jednostki. Niedojrzałość... Powoduje brak poczucia respektu, a co za tym idzie gubi się dominacja psychiczna (może być tylko fizyczna, uderzyć w końcu każdy kowalski umie).

Przede wszystkim komercja.
Tu chodzi mi głównie o zmuszanie uległej do czynności w celach finansowych lub relacje "na pokaz" gdzie zwyczajnie to nie jest klimat a praca zarobkowa. Zasłaniając się poleceniem od pana, w rzeczywistości jest po prostu wykorzystywaniem pozycji i uległej strony. Bo powiedzcie mi, gdzie jest więź, gdzie prawdziwość relacji, jeśli chodzi o pieniądze? Nawet sadyści, ci najbardziej brutalni generują choćby minimalną więź z uległą stroną. To tylko i wyłącznie zwykłe spełnienie fantazji, nic więcej. Czy klimat? Dla mnie nie, niczym pornos w stylu bdsm...

Przede wszystkim przemyśl to.
Robienie zdjęć, filmików i wysyłanie ich Panu? Super sprawa, świetne jako zadanie i bardzo fajny sposób na spełnienie fantazji-dopóki wiesz i ufasz, że one trafiają tam, gdzie mają trafić i nie będą kiedyś (bliżej lub dalej) krążyły po internecie. Warto przemyśleć zwykła jedną kartkę z oświadczeniem, że Twoje zdjęcia/filmy są Twoje i nie wyrażasz zgody na ich dalsza dystrybucję. Wiem, że zaufanie i tak dalej, i tak dalej. Ale okoliczności bywają różne, codzienność złośliwa, pozory mylą a ludzie zawodzą.

Przede wszystkim szary Kowalski.
Najbardziej zadziwia mnie jednak fenomen gdzie, kiedy wyrzuci się określenie sadysta-zostaje szary Kowalski ze skłonnością do bestialstwa. Nic do nich nie mam, naprawdę-bo jest popyt, jest i podaż a amatorów naprawdę mocnych wrażeń nie brak. Nierzadko jednak uległa strona przeceniła siły na zamiary i skończyła zwyczajnie skatowana, sadysta wyżył się (bo pozwoliła) a w trakcie zabrakło przerwania. Pochylmy się jednak nad tym, czy poza klimatem, świadomie poszlibyśmy do osoby przejawiającej bestialstwo? Gdyby nie potrzeby-to takich osób unikałoby się jak ognia. Tak samo w klimacie, elementarna zasada-mierz siły na zamiary i nie pchaj się do skrajnego sadysty jeśli tego "nie czujesz".
Dla mnie nie jest klimatem sytuacja w której obie strony umawiają się na "wpierdol" ale w trakcie wynika właśnie przecenienie wytrzymałości-i zignorowanie hasła bezpieczeństwa przez sadystę. To jest zwykła przemoc. Później otrzymujemy twór w postaci sadysty spełnionego kolejnym wpierdolem i skrzywionej strony uległej która, jeśli przeżyje, będzie parę tygodni lizać swoje rany. W lwiej części przypadków nigdy nigdzie tego nie zgłosi.... Po ich zagojeniu jednak nic może nie być już takie samo.


Mam wrażenie, że obie strony zapominają, że w dowolnym momencie uległe mogą chcieć przerwać, mogą się nie zgodzić, mają prawo do przerwania nawet podczas CNC (choć zwykle w doświadczonej ręce najpewniej nie ma takiej potrzeby, bo obie strony doskonale znają swoje możliwości).
Głupotą jest godzić się na edgeplay z osobą niezaufaną. I nie, nie jest to słabość. Żeby się dobrze bawić, trzeba myśleć również o swoim bezpieczeństwie. Nie ma pchania się na siłę tam, gdzie już się czuje że się nie da. Część osób użycie hasła odbiera jako porażkę-bo nie dali rady, bo zawiedli. Ja sama często miewam takie myśli, że nie podołałam-chociaż było prosto. Ale wszystko zależy od dnia; w przypadku kobiet również od cyklu. Prędzej powinni się pochwalić za to, że zareagowali w porę. Że wiedzą jak obecna sytuacja wygląda i skorygują przyszłą.

Mam również wrażenie że w obecnym klimacie ludzie trochę się pogubili, robią to, co inni a nie to, co sami chcą. Nie ma czystej radości z samego faktu, jest tylko "więcej", "szerzej", "ostrzej". Pompują cudze potrzeby na siebie (z różnym skutkiem), zamiast po prostu tylko próbować, czy coś jest dla nich, czy nie. Mają wyrzuty sumienia, czy tak ma być, czy aby na pewno to prawidłowe. Bo często nie ma kto powiedzieć i szczęście mają ci, którzy zostają uświadomieni. Brakuje podstawowych i naprawdę elementarnych zasad na rzecz "wszystko szybko i na już". Bo przecież uległa strona to uległa strona i od razu można iść na maksa. Zapomina się, że dla jednych skatowany na fiolet tyłek to nic, a dla innych miesiące rekonwalescencji. Ucieka fakt, że jesteśmy przede wszystkim ludźmi z własnymi ograniczeniami, że jeśli uległa strona A jest w stanie znieść 200 uderzeń z pełnej pety to uległa strona B niekoniecznie je zniesie...
Długie relacje to ciągła praca nad sobą i zwyczajnie nie każdemu się chce pracować w ten sposób, często wręcz do znudzenia powtarzając jedno i to samo.

Jedno słowo. To jedno jedyne i decydujące, określające to wszystko słowo.... Dominujący. Uległy. Sadysta. Masochista. Gdyby wyrzucić określenia i przydomki w tym świecie zostają całkowicie nadzy ludzie. Jestem zdania, że klimat tworzą przede wszystkim najpierw ludzie. Wraz ze swoimi zasadami, ustaleniami, wyobrażeniami i potrzebami. Dopiero później mogą sobie nadać właściwe sobie określenie i kreować swój własny świat.





zakupy w zoologicznym

Jakiś czas (dłuższy) poszukiwałam obrożki i smyczki nie za miliony monet ale za normalną cenę, niewywindowaną w górę nazwą sklepu. I tak znalazłam, wrzuciłam w koszyk i sobie wisiało i "jeść nie wołało"-do momentu (jak zawsze) w którym lista rzeczy niebezpiecznie znowu zrobiła się spora ;)

Jedyne co było nie tak, to popłynęłam z rozmiarem 'kolczatki' i trzeba było wysunąć ogniwka (ale tu Pan plus kombinerki i 5 minut). Smycz za to jest grubsza jak sądziłam i ciężka-przypięta z tyłu do obroży ciągnie konkretnie w dół.
Jesteśmy zadowoleni z tego zakupu.








A tak poza tym, coraz bardziej i bardziej podobają mi się łańcuchy i łańcuszki. Ideał-związane stopy w niebotycznych szpilkach takim cienkim-ale konkretnym, ze ślicznie lśniącymi ogniwkami.

środa, 6 czerwca 2018

chcę do ciemności

Dzień zapowiadał się wspaniale. Wyrobiłam się z pracami domowymi, w południe poszłam do kosmetyczki po raz pierwszy (zadbać o  stopy), a później...
Przeczytałam coś, czego nie powinnam była i przez to wpadłam w nieco podły nastrój.Oczywiście rozmowa, wyjaśniłam Panu o co chodzi, nagle to wszystko wydawało mi się błahe.... Dopóki już w trakcie sceny nie mogłam wejść w nastrój. 
Nie czułam nic, kiedy przywiązywał kolejno ręce, a potem nogi. Nie czułam również nic kiedy próbował wandą doprowadzić mnie do orgazmu. Ciągle w głowie to 'coś' które rozpraszało, oddalało od tu i teraz mimo starań. Poprosiłam o opaskę na oczy, żeby móc się skupić, ale moja prośba nie została zrealizowana. Ból z trzepaka czy packi był tylko bólem. Wiele uderzeń... Naprawdę wiele, które zapaliły skórę i nic. Podduszenie do utraty czucia w kończynach było dziwne i szorstkie, wystraszyło i w sumie tylko tyle. Nie było mnie tam, chociaż naprawdę się starałam. Pan się poirytował-i słusznie, ja również byłam poirytowana. Co już prawie, prawie, weszłam w subspace, tak ciągle jakby drzwi były zamknięte, odbijałam się od nich jak piłeczka. Frustracja.... Ponowiłam prośbę o opaskę na oczy, żeby skupić się na odczuciu a nie widzeniu. Chcę do ciemności-bo tylko tam nie ma żadnej widocznej linii, jest pustka, która czeka na to, aby ją wypełnić kolorami. Chcę zacząć od początku, mimo że byłam w  środku.
Tym razem się zgodził. Najpierw na jeźdźca, znowu zalałam łóżko. Chyba znowu dwa razy, nie wiem. Ślizgałam się jednak i zaczęło rozpraszać jeszcze bardziej, cholerne łóżko skrzypiało, było mi gorąco. Więc wyszedł spode mnie (cały czas byłam związana) i umiejsciowił się gdzieś z tyłu. I dopiero wtedy, pomiędzy uderzeniami rzemieniami, a rżnięciem w cipkę najgrubszym szkiełkiem w końcu te drzwi otworzyłam. Pan dopiero wtedy zdjął mi opaskę z oczu. 
Szkiełko okazało się niewystarczające, więc wszedł również On. Do tyłka powędrował kciuk, cała cipka wypełniona, ja gdzieś na granicach pęknięcia. Gdyby Pan zdecydował się na fist, zapewne byłaby to próba najbardziej udana. Dodatkowo piekące ślady na plecach, pośladkach, udach. Uderzenia ręką, coraz mocniejsze. Rżnięcie samym fiutem, który w pewnym momencie zgrabnie wślizgnął się w tyłek.I znowu w cipkę, gdzie zostawił swoje nasienie. Jego resztę-przeniósł do tyłka. 
Wstałam i nawet mnie nie ruszyło pobojowisko, które powstało. 
Obmyłam się, wróciłam do porządku codziennego. Padłam, szybko zasnęłam, choć zwykle mam spore problemy z zaśnięciem. Całkowicie oczyszczona z tego co mnie pożerało...


 MAŁA WOJNA

poniedziałek, 4 czerwca 2018

burza

Pan przez mój wyjazd stał się mieszanką negatywnych uczuć i emocji.
Nie wykonałam zadania w całości, ale mimo to Pan mnie puścił,  choć tamta rozmowa była nerwowa, znaleźliśmy kompromis mimo mojego błędu. Wydaje mi się, że to wtedy narosło, ale oboje przeszliśmy nad tym.

Mimo gps, dokładnego meldunku, telefonów, uzgodnień i tak dalej..  Okazało się to być czymś, czego ostatecznie nie przełknął, choć na swój "męski" sposób pewnie chciał w sobie zamknąć.... A ja, jako kobieta, próbowałam wyciągnąć choć wiedziałam, że nie powinnam.. Mimo, że zawsze jesteśmy szczerzy wobec siebie to są "wysypiska śmieci", lub "składowiska osobiste" do których się wraca, jak zostaną strawione.
Odpaliłam bombę.

Sam wyjazd-pomimo, że podróż ciut długa-świetny. Poznałam realnie pogodną i piękną kobietę, z którą mogłabym rozmawiać godzinami. Z którą rozumiem się bardzo dobrze i która nauczyła mnie wielu rzeczy. Dodatkowy plus, że możemy porozmawiać o klimacie bdsm bez żadnych przeszkód.

Starałam się wrócić jak najszybciej, nigdzie już po przesiadce nie zatrzymywać się na dłużej. Wiedziałam, na co mam się nastawić, ale mimo to.... Wieczór był średni. Noc-oboje byliśmy zmęczeni, więc padliśmy. Następny dzień ja w pracy, zajebiście dużo chodzenia i noszenia...
[Ubrałam nowe sandałki, bo zapowiadali upał. Faktycznie, skwar, ale że obuwie nowe, obtarłam stopy. W pracy chodziłam niemal na palcach]
W międzyczasie wymieniłam z Nim parę wiadomości, optymistyczne nie były. Mimochodem-i całkowicie samowolnie próbowałam się karać za to, co się stało. Że ostatecznie cała ta sytuacja jest moją winą, bo nie wypełniłam zadania, a następnie niepotrzebnie dyskutowałam. Coś, co powinno zająć chwilę-urosło do tak ogromnej lawiny, która po prostu musiała spaść na nasz mały domek u podnóża tej góry. Znowu dopowiedziałam sobie coś na swoje. Przetworzyłam w zupełnie inny sposób jak powinnam.
Jak wróciłam do domu to szybko sprowadził mnie na ziemię. Bólem przywołał do porządku. Ukarał za zachowanie uderzeniem kijkiem w  obolałe i wymęczone stopy. Tylko dwa uderzenia-ale tyle wystarczyło, żebym jeszcze długo to czuła.
Zdjęliśmy obrączki-oboje-i dopiero wtedy zaczęliśmy wszystko od początku.
Ta rozmowa bolała moje ciało i mój mózg. Analiza wszystkiego, po kolei. Wyciąganie wszystkich, choćby i najmniejszych nieprawidłowości. Ciągle robię jeden błąd, mam jedno charakterystyczne zachowanie, z którym nie mogę sobie dać rady. On to zwalcza, ja się bronię-i doprowadzam do takich sytuacji. Tyle, że zwykle nie jest to tak wielka lawina, a mały kamyczek.
Wyjazd jednak był wyjątkiem, uważam mimo wszystko, że wyszedł nam na dobre.


TRIVIUM



niedziela, 3 czerwca 2018

niedosyt

Po wyjeździe Pan, jak już burza [postaram się to opisać jutro] przeszła, postanowił się mną nasycić.
Ja nim też-ale jedyne prawo jakie miałam, to tylko odpowiedzieć na Jego potrzebę, korzystając na tym przy okazji.
Przede wszystkim, czułam Jego łaknienie. Jego spojrzenie... Jego dotyk.... Oddech, słowa, odruchy. Wszystko powoli składało się w całość, niczym subtelna układanka z wielu skomplikowanych, choć prostych elementów. Usiąść na Nim. Pokołysać się. Jeden stłumiony wrzask. Drugi.... Piąty.... W którymś momencie nie liczyłam. 
Zalałam łóżko spuszczając się. Dwa razy, zanim pozwolił iść pod prysznic, zapowiadając jednak, że nie powiedział mi dosyć.
Pieścił, łapczywie zjadał wszystko. Moje pragnienia, fantazje, lęki, wszelkie odczucia poburzowe. Moje orgazmy, jeden po drugim. Chwila wytchnienia pod prysznicem, chwila odpoczynku, czas na rozmowy. Pieszczoty słowne.
Naprawiłam wszystkie swoje błędy. Zrobiłam wszystko tak, jak winnam była wcześniej. Porozmawialiśmy znowu. Zrobiłam Mu dobrze oralnie tak, że odleciał. Zadowolony, spełniony. Ja, dumna, bo to pierwszy taki raz.
Drugi etap był wykańczający. Orgazmy zadane oralnie, z szkiełkiem w cipce (tym największym), później wanda. Pierwszy raz w życiu miałam orgazm jeden po drugim; lub raczej: drugi w trakcie pierwszego. Kolejny raz, kiedy nie sądziłam że się w ogóle tak da, a jednak. Ten jeden jedyny raz w skali 20/10 (*często rozmyślam, że może pora na zmianę szczebelków na skali, ale później dochodzę, ach, dochodzę do wniosku, że moja osobista skala właśnie w taki sposób idealnie oddaje to, co przychodzi mi nieraz doświadczać i odczuwać). Pan stwierdził później że wyglądałam jak na haju. Coś w tym jest, bo to najlepszy i najbardziej ekskluzywny, w dodatku legalny narkotyk. Coś, co On wyrywa mi z ciała, nie panuję nad tym, jest w całości spowodowany Nim. To On ma nad tym kontrolę, nie ja. Jestem zaledwie narzędziem w Jego rękach. Instrumentem, na którym gra osobliwą melodię mojego wycia, piszczenia, płaczu i wszelkich drgawek. Mojego zezwierzęcenia tuż pod Nim i tylko dla Niego. To wszystko wczoraj miał jak na tacy.... I mam nadzieję, że nasycił się jak potrzeba.