Wpadło mi dzisiaj do głowy, jak to wyglądało na serio po raz pierwszy (nie licząc zabaw i testów asortymentu) - i zastanawiam się, dlaczego tak niewiele pamiętam - lub nie chcę pamiętać.
Przede wszystkim podeszliśmy do tego już na "poważnie" zdając się na to, co Mistrz chciał i wpasowując się w schemat wyobrażeń o tym, jak taka sesja powinna wyglądać.
Tyle tylko, że co mogło pójść nie tak, to poszło.
To była męczarnia, która mogła przekreślić dalszą realizację. Jak sobie pomyślę o tym, to dochodzę do wniosku, że kierowała mną głownie ciekawość jak to będzie w roli uległej.
Skupię się na tym, co pamiętam.
Przede wszystkim - On niczego konkretnego nie planował, poszliśmy na spontan.
Wszystko naraz. Kajdanki - na rękach i nogach. Osznurkowane piersi, pod piersiami. Obroża i smycz, opaska na oczy (na początku). Klamerki na sutkach.
Pierwsze polecenia. Pierwsze zadania: przejść, zatrzymać, się, zrobić określoną pozycję. Zrobić konkretne czynności Mistrzowi: pieszczenie penisa, masaż stóp. Odpowiadanie w określony sposób.
Pierwsze mocne wysmaganie (wtedy) niby pejczykiem, bolało kurewsko, mimo że to była niemal zabaweczka. Bolało, ale zacisnęłam zęby, bo myślałam, że właśnie tak ma być, choć mózg wrzeszczał, że nigdy więcej, że co ja tu robię, i dlaczego to MUSI być wplecione w klimat.... Że jeśli tak za każdym razem ma być, to ja tego nie chcę, nie lubię, boję się tego.
Wśród tych wszystkich zadań, które nakazał wykonać było jedno, którego nie wykonałam - 3 kółka po pokoju na kolanach (coś w stylu chodzenia na łokciach....), gdzie On prowadzi mnie na smyczy i pogania ręką. Mam je słabe, a przy mojej wadze po drugim kółku spasowałam, bo się bałam że się uszkodzę. Dostałam karę fizyczną za niewykonanie, którą ledwo zniosłam. Próbowałam tłumaczyć, dlaczego nie wykonałam, rozpłakałam się. Wkurwił się, że nie powiedziałam wcześniej i tu byśmy pewnie przerwali, ale... Długo i szczerze porozmawialiśmy, uspokoiłam się. Uzgodniliśmy, że kontynuujemy, ale już nie daje mi nic, co obciąży stawy.
Przywiązał moją głowę pasami do uda tak, że nie byłam w stanie zrobić nic poza głębokim (bardzo) gardłem. W międzyczasie klapsy. Klamerki ciągle zsuwały się z sutków.
Ostry seks. Bardzo ostre słowa. Szarpanie za włosy. Nie było więcej bicia. Podniecałam się bardzo. Zaczęło mi sprawiać przyjemność psychiczną mówienie do niego per Pan.
Dograliśmy się.
Po wszystkim - książkowa afterka i w sumie wspominam to z rozczuleniem, jak ledwo - ledwo czerwoną (choć bolącą) skórę na tyłku uparł się wysmarować kremem, żeby nie bolało.
Dużo rozmów było również po tej sesji i wtedy uzgodniliśmy, z czego rezygnujemy, bo się nam zwyczajnie nie podoba, czego nie czujemy, które rzeczy odkładamy w czasie.
Jeszcze długo miałam wrażenie, że w jakiś sposób oszukujemy, że nie robimy wszystkiego, że przecież na forach króluje masochizm, że jestem wybrakowana. Dopiero spory kawałek czasu po tym wpadła mi w ręce mądra książka "inna rozkosz" i trafiłam na czat, gdzie Ktoś mnie uświadomił, że bdsm to sklep z towarami, z którego bierze się co chce - i że to normalne "nie przejeść" wszystkiego. Jakby mi się oczy otworzyły.
Mimo to uważam, że taka pierwsza sesja z dupy była nam potrzebna po to, żebyśmy mogli realnie się określić; że wszystkie błędy jakie wtedy padły, wyeliminowały kolejne w przyszłości. Wykonanie wszystkiego od razu perfekcyjnie i prawidłowo przez dwoje ludzi dopiero uczących się było niemożliwe. I nie da się wszystkiego naraz w sesję wcisnąć - a my chyba próbowaliśmy.
Lipa straszna. I punkt do bedeesemowego CV.
Jak parka napalonych nastolatków! Chociaż przyznam, że ryzykowne to było... za to jakie wspomnienie :-)
OdpowiedzUsuńtak, bardzo ryzykowne. Ale wtedy byłam pewna, że Mistrz nie zrobi nic głupiego ani nie przegnie w żadną stronę. Już po, wszelkie malusie zaczerwienienia masował tym kremem, aż mi dziwnie było. Generalnie On również musiał wyczuć co i jak.
Usuń