Jako że był dzień kobiet, Mistrz przyniósł do domu różyczkę. Długą, z pięknym, aksamitnym pąkiem, wyposażoną w kilkanaście kolców. Z firmowym uśmiechem mi ją wręczył, a ja wiedziałam od razu, co zaplanował.
Nie było źle - najpierw Mistrz wypróbował na mnie jedno z wiązań (plan pierwotny, wplatamy różę w sznurki), więc było mi bardziej jak dobrze, kiedy linki oplatały mi ręce i tors coraz bardziej. Potem była długa rozmowa przy winie (truskawkowym), a potem Mistrz użył mnie jak zabawki. A potem... Musiałam przytrzymać sobie piersiami różę, a kolce wpijały się między nimi. Smaganie nią również było - nie trzeba było dużo siły, żeby nie powstało mnóstwo ranek od kolców, choć wydawało mi się, że Mistrz zaplanował takie konkretne lanie badylem (to zaś bankowo spowodowałoby niemożność siedzenia na dzień następny). Przyznam szczerze - że to dla mnie "przyjemny" rodzaj bólu. Inny od uderzeń dłonią, czy przyrządami. Pomiędzy dotykiem kolców był dotyk płatków - nieco chłodnych, w odczuciu jak usta.
Miła odmiana, oraz fascynujący wieczór.

Skatowaliście kwiatka? Barbarzyńcy:P :*
OdpowiedzUsuń:D
Usuńja tam miałam rączki na plecach ;)
Nie przemawiaj do wyobraźni mojej kiedy mam zakaz na wszystko :P
OdpowiedzUsuńPiękny Dzień Kobiet. Nie lubię generalnie dostawać kwiatów, ale przeciwko takiej różanej chłoście nic bym nie miała. :) Uśmiecham się z lekką zazdrością.
OdpowiedzUsuńprzegapiłam Twój komentarz więc odpowiadam lekko spóźniono:
Usuń:* :*
może...... w przyszłości się nadarzy podobna chwila, więc mam cichą nadzieję, że niejedno miłe przed Tobą :*