Ciągle krąży mi po głowie jedna z dyskusji, podczas której zastanawialiśmy się, czy uległa w relacji ma prawo do zmiany zdania w kwestii ustaleń w relacji. Z jednej strony - jest to gwarancja dla Pana, że ma dokładny obszar po którym może się poruszać, z drugiej - ludzie się zmieniają i całkiem możliwe, że ich preferencje również, stąd mogłaby wynikać chęć zostawienia sobie takiej możliwości. Wydaje mi się, że również niepewność w relacji mogłaby spowodować potrzebę zostawienia sobie takiego marginesu.
Siłę ma Pan, bezdyskusyjnie jest On stroną decyzyjną w relacji. Może co najwyżej wysłuchać uległej strony, ale decyzję czy wdrażać jej prośbę i warunki czy nie zależy tylko od Niego. Jest to tak naprawdę również kwestia ustaleń na początku relacji, co jest sprawą indywidualną. Rozmawiać - zawsze warto, jeśli tylko jest taka możliwość. Wszystko zależy czego potrzebuje Dominujący, czego uległa strona i jak będą współgrać.
A ja?
Indywidualność.
Widzę coraz więcej różnic wynikających z tego, co mam na co dzień ja, a z czym mają do czynienia osoby które znam, a będące w relacji. Z tego, co obserwuję, dokładne ustalenie zasad i norm w niektórych przypadkach jest kluczem do tego, by relacja mogła zaistnieć. Nie wychodzenie poza te ramy w niektórych wypadkach trzyma to w jednej całości. Czasem im w zdrowy sposób zazdroszczę, elementy w relacji, których nigdy nie poznam. Chciałabym - ale rozmijają się z potrzebami Mistrza. I nie, nie mam zamiaru realizować tego poza moim związkiem; pomimo osobistych pragnień wiem, że ostatecznie nie dałyby mi one szczęścia. A samo ich spełnienie mnie nie satysfakcjonuje.
Sztywne ustalenia wszelkich ram związku u nas w życiu codziennym nie mają prawa bytu. Próbowaliśmy :) Owszem - są ustalenia stałe i są to nasze własne postanowienia, bez reguł byłaby samowolka, bo na czymś stać trzeba. Ale to, w jakich ramach jest nasza definicja bdsm, oraz czego dotyczy nasz klimat jest dla mnie nie do określenia. Mimo wszystko jesteśmy małżeństwem, na zasadzie partnerstwa, ale mimo to stoję sporo poniżej. Sam fakt, że Jego dominacja wyniosła się na obszary, w których być nie powinna, a jednak jest - i spełnia to swoją rolę. Dobrze ją spełnia, choć początkowo mi się to nie podobało. I zapewne jeszcze wiele się nie spodoba.
Ja - mam prawo do zmiany zdania. Mam prawo do odmowy czegoś, prosząc w odpowiedni sposób i odpowiednio argumentując (chodzi o to, że nie, dla samego nie jest niewystarczające). Mam prawo zbyć Go. Mam prawo przedstawić swój punkt widzenia. Kiedy potrzebuję, traktuję Go jak męża. Kiedy trzeba - przerywa to, i sprowadza mnie do parteru. Klimat, relacja i małżeństwo współgrają ze sobą, w tym wypadku po prostu uzupełniają się, kiedy trzeba.
Prawda jest taka, że mam nadzieję być z Nim do końca życia, co oznacza, że musimy się maksymalnie dostosować do siebie, ciągle szukając kompromisu i dostosowując się do zmian. I ma to decydujący wpływ na kształt tego, jak relacja wygląda.
Czytając ten wpis, zacząłem się zastanawiać nad tym gdzie leży granica. Gdzie kończy się podporządkowanie woli Pana, a własny dobrze pojęty interes. Chodzi o to, że ludzie się wiążą ze sobą na całe zycie ale i się rozchodzą z różnych powodów. Jesteś podporządkowana, okay, ale czy i gdzie leży granica w której stwierdziła byś, że wasze dobro, to oddzielne rozmywa się i rozmija ze sobą? Czy istniał by bądź istnieje powód z powodu którego wasz związek by się rozpadł, a decyzja właściciela była by nie przedyskutowana, a podważona?
OdpowiedzUsuńmyślę, że granica w tym wypadku jest nie do ustalenia, ponieważ te wszystkie światy dosyć płynnie się przenikają. czas robi swoje i relacja wniknęła w sporo dziedzin naszego życia.
Usuńwidzisz, tu działa nasz własny system, który zapewne z boku wygląda jak wygląda, ale próbując typowych rozwiązań w naszej relacji to było jak wkładanie za małego i za ciasnego ubrania.
nie mamy granic, jestem Mu w pełni oddana - jeżeli czegoś zechce a nie określiliśmy wcześniej że jest to dla nas obojga po za naszym klimatem (chociażby scat) to prawdopodobnie ja Mu to dam. potem będziemy się zastanawiali nad konsekwencjami... pewnie tak mogłoby to brzmieć.
ale Mistrz jest inny, najpierw zastanawia się nad konsekwencjami a potem decyduje czy coś jest warte by to czynić. nie zamykamy się na możliwości, wiele odkładamy w czasie.
całość (Jego i siebie) traktuję jako partnerów przede wszystkim. dopiero później jest On Panem, a później są wszelkie inne role życiowe.
czy byłaby taka sytuacja w której by lepiej było się rozejść, dla ogólnego dobra?
zapewne gdyby wygasło to, co nas łączy, prawdopodobnie podjęlibyśmy decyzję o rozstaniu i wtedy każde z nas miałoby swój własny interes do zrealizowania. czy podważyłabym decyzję Mistrza? do tej pory wszystko omawialiśmy, natomiast podważyłabym bez wahania, gdyby było to konieczne. pilnujemy się wzajemnie aby nie popadać w egoizm, ale oboje tolerujemy u siebie potrzeby które o niego zahaczają.